Wszystkiego najlepszego ja!

 Lipiec się kończy, a ja w ostatniej chwili zorientowałam się, że właśnie teraz mija piętnaście lat od kiedy zaczęłam się interesować tym...


 Lipiec się kończy, a ja w ostatniej chwili zorientowałam się, że właśnie teraz mija piętnaście lat od kiedy zaczęłam się interesować tymi wszystkimi tajwańskimi bajkami. Zapraszam więc na nastukaną na szybko notkę nostalgiczno-wspominkową. Bo mogę.


Na Animatsuri, w ten weekend, świętowana jest dwudziesta rocznica mangi w Polsce - Aż Do Nieba zostało wydane przez JPF w 1996 roku. W następnym ukazało się pierwsze Kawaii, z Czarodziejką z Księżyca na okładce. W odróżnieniu od komiksu, czasopismo już dotarło do mojej mieściny. Nie wiem, czy to był akurat ten numer czy któryś kolejny, ale pamiętam, że właśnie taki z Czarodziejką bardzo chciałam, ale mama mi nie kupiła. Co za mądrość i zdolność przewidywania, ukryte za przebiegłym "za drogie"! Byłam wtedy w przedszkolu i radośnie oglądałam Czarodziejkę na Polsacie, ale ze względu na wiek, finanse i bycie z małej miejscowości nie mogłam uczestniczyć w fandomie.

Dość często widuję cudze wspominki o tym, jak zaczęła się ich przygoda z mangą - nostalgia jest w końcu modna wśród młodzieży. Zawsze dziwi mnie dzielenie na "nieświadome oglądanie", gdy nie wiedziało się jak Wielkom Sztukom jest manga, jakiś, powiedzmy, Król Szamanów w telewizji, oraz "świadome", z wiedzą, że to co się rusza to anime, zapewne pierwsze kiepskie suby na Szindenie, hehe. Może to będzie wyglądać jak chwalenie się, ale animacje japońskich studiów, nawet te robione w międzynarodowych kolaboracjach czy "mało mangowe" jak Pszczółka Maja czy Pinokio, zawsze wydawały mi się trochę inne. Nie, nie chodzi o żadną szczególną mistyczną magię, po prostu zauważałam inny sposób ruchu, ale dopiero parę lat później przeczytałam w chyba Kompendium Kawaii, że to po prostu inny sposób produkcji i mniejsza ilość klatek na sekundę. Od zawsze byłam skazana na los przeklętego konsolowca i lubienie Trzydziestu Efpeesów PECE MATERACE IDŹCIE STOND
Ale prawdziwa fascynacja przyszła z tak zwanym "drugim pokoleniem": Pokemonami i Dragon Ballem. Te pierwsze były ogólnodostępne, na Polsacie, natomiast RTL7 z DB mieli tylko ci z kablówką lub satelitą. Czyli większość klasy, ja nie - rodzice sprawili sobie satelitę dopiero, gdy się wyprowadziłam, jakieś sześć-siedem lat temu, cwaniaki. Ja za to, jako jedyna w klasie, kupowałam mangowy oryginał Smoczych Kul, od siódmego tomu, który podobno wyszedł równo piętnaście lat temu. Potem doszło jeszcze Kawaii, Mangamix i powoli zanurzałam się w tej Otchłani. A gdy wyczytałam, że początek Dragon Balla jest oparty na Wędrówce na Zachód, ze zdziwieniem i radością odkryłam, że mam tę książkę w domu - tak odkryłam mojego ulubonego bohatera literackiego, Sun Wukonga, oraz moją pierwszą świnię, Zhu Bajie.

Oczywiście nie obyło się bez kontaktów z fandomem i twórczości. Pisałam fanfiki, na szczęście opublikowałam tylko dwa i obie strony z nimi już dawno nie żyją. Rysowałam w "stylu mangowym" i pewnie bym te wszystkie podręczniki rysowania i kopiowane komiksy obwiniała dziś o brak postępu po tylu latach, gdyby nie świadomość, że to tylko lenistwo. Wybrałam się nawet na konwent, Dojicon 4 - a potem następny i następny, jeden co roku. (Tutaj jedyne moje zdjęcie z wtedy, z panelu.) Naturalnie nie jechałam sama do Krakowa, w końcu miałam dopiero piętnaście lat. Byłam tam razem z pełnoletnim znajomym i mamą, która zwiedzała sobie miasto, podczas gdy ja siedziałam na salach z projekcjami i wchłaniałam NOWE ANIME z POLSKIMI NAPISAMI. Nadal pamiętam to rozczarowanie, gdy program obiecał Fruits Basket po polsku, po czym puścili po angielsku, the horror.

Czy mam jakieś korzyści z piętnastu lat oglądania bajek? Komiksów nie liczę, je czytam od prawie ćwierć wieku, zaczynając od Kaczora Donalda w przedszkolu, nigdy też nie zrezygnowałam z tych niejapońskich na rzecz Świętego Mango. Przede wszystkim spotkałam mojego męża na konwencie - Pierniconie 3. Tu jest nasze pierwsze wspólne zdjęcie, zrobione kilka godzin zanim się poznaliśmy - do dziś mam te kocie uszka, jakie nosili wszyscy orgowie, impreza była bowiem w temacie kotów. Poznałam też mnóstwo innych, wspaniałych osób, zwiedziłam trochę miejsc, brałam udział i obserwowałam trochę fandomowych dram, ale, przede wszystkim, dobrze się bawię - bo ja po prostu lubię anime. Ale nie tylko samo oglądanie - lubię poczytać materiał źródłowy, o historii, kulturze, cudze wrażenia, o kwestiach technicznych. Lubię też uciekać w świat fantazji, a mangi i anime odpowiadają mi estetycznie.

W fandomie nigdy jakoś specjalnie nie działałam, właściwie to co teraz to najwięcej: pisanie niniejszego blożka i czasem tekściku do Arigato. Ambicje miałam różne, lecz od urodzenia cierpię na poważny, ciężki defekt: słomiany zapał. Ale chyba nawet bardziej komfortowo mi tu, gdzie jestem, niż gdybym faktycznie się wybiła - pomimo wieku i doświadczeń nadal jestem społecznie nieprzystosowana, nieśmiała i wolę się wycofać, unikać ludzi. Sprawia to, że ciężko mi zawierać nowe znajomości, bo wolę towarzystwo osób, które już znam. Mam więc ogromne szczęście, że  mąż akceptuje i dzieli ze mną moje pasje, rodzice i reszta rodziny reagują racjonalnie, a w pracy im bardziej geekiem i nerdem jesteś, tym lepiej. Oczywiście w firmie zajmującej się grami najwyżej punktowana jest wiedza i zainteresowanie nimi oraz komputerami, ale szefa w Jojo dało się wciągnąć, a teraz szukamy walca na którym mógłby pozować.

JPF niedawno zatoczył koło i wydał pierwszy tom Róży Wersalu, najbardziej znanego dzieła Riyoko Ikedy, autorki, od której zaczynał. Obiecywali tę mangę praktycznie od samego początku, od kiedy wyszło Aż Do Nieba. To ostatnie ma też mieć kiedyś reedycję - ponieważ oryginalnie tłumaczył je Japończyk, słabo znający język polski. Dawno temu, gdy Waneko zaczęło wydawać Mangamix, zacieszali we wstępniaku, że jedna z mang jest bardzo nowa, miała wtedy jakiś rok czy dwa lata. Dziś zdarzają się nam takie akcje, jak dostanie ostatniego tomu Evangeliona w tym samym czasie co premiera na całym świecie. Przeżyliśmy wiele narodzin i upadków firm i organizacji, znowu nie mamy rynku anime w Polsce, za to ten mangowy trzyma się świetnie. Sprowadzanie rzeczy nawet wprost z Japonii jest łatwiejsze niż kiedykolwiek, ba, nawet pojechanie tam na wycieczkę jest już dużo bardziej w naszym zasięgu. Usamodzielniłam się też i zarabiam swoje pieniądze, oraz sama zarządzam moim czasem - co jest trochę przerażające, a trochę cudowne.

Nie wybieram się na to rocznicowe, fetujące Animatsuri - nie widzę w nim nic interesującego, a w tym roku zaliczyłam już jeden konwent. Co dalej? Nie wiem, nie chcę robić planów, chcę przyjemności i rozrywki z tego, co tu robię - to w końcu moje jedyne korzyści. Chcę, żeby rynek się rozwijał - dlatego forsuję legalne metody zdobywania kontentu gdziekolwiek jestem, a to trudne, gdy żyje się w cebulowym kraju piractwa i bycia nienawidzonym przez dystrybutorów. Zainteresowanie mangą i anime przestało być niszowym i wstydliwym hobby, ukrywanym w rubryce zainteresowań za "kulturą Japonii". Może więc: oby nam się! Przez następne piętnaście lat.

Notka ilustrowana starymi anime, od góry: Blazing Transfer Student (1991); Oruchuban Ebichu (1999); Jojo's Bizarre Adventure (1993); Devil Hunter Yohko (1990); Kite (1998); Perfect Blue (1998); Iria: Zeiram The Animation (1994); Baoh Raihousha (1989); Ghost in the Shell (1995); Osu (1962) - najstarsze anime na moim MALu, jeden z eksperymentalnych shortów Osamu Tezuki.

Podobne:

0 komentarzy