To, co zowiem anime, pod inną nazwą równieby mózg trzepało...

Trzy dni temu wieczorem w internetach pojawił się trochę może melodramatyczny, ale prześliczny teledysk:


Trzy dni temu wieczorem w internetach pojawił się trochę może melodramatyczny, ale prześliczny teledysk:



Teledysk jest do muzyki zachodnich twórców, Portera Robinsona i Madeona. Pomysł i scenariusz również jest Robinsona (pierwszy raz o gościu słyszę, ale podobno jest znany z czczenia Japonii), pieniądze zapewne też, ale cała reszta powstała w Japonii: reżyseria Toshifumiego Akai (między innymi animatora w Gurenn Lagannie, Kannagi, Sora no Woto i Idolm@sterze), projekty postaci i prawie samodzielna animacja Megumi Kouno (zarządzała animacją w Vividred Operation, animowała Idolm@stera, Dantaliana i Hanamaru Kindergarten), głos Sachiki Misawy (Kuroyukihime w Accel World, różne lalki w Fantasista Doll i Yukari w Locodolu). Zresztą, możecie poczytać informacje po japońsku i angielsku na stronie przedsięwzięcia, znajdziecie tam też tekst piosenki i projekty postaci (na te ostatnie radzę zajrzeć już po obejrzeniu teledysku).


A potem wybuchła dyskusja o tym kiedy anime jest anime - wszystko rozpoczęło skasowanie tematu o tym wideo na r/anime. Brat Robinsona powiadomił o tym na swoim Twitterze:
Potem Robinson zaczął udowadniać, że to przecież jest japońska produkcja wypuszczona w Japonii:
Podał dalej wideo z premierą teledysku na wielkim ekanie na ulicy w tokijskiej dzielnicy Shibuya:
Oczywiście nie tylko dyskusję to wywołało, ale i mniej cywilizowane zachowania - w rezultacie post przywrócono po fali gróźb pod adresem moderacji subreddita.


Nie bywam na Reddicie i nie wiem, czy to normalne zachowanie tam, ale rozmawianie o definicji anime wydaje mi się ważne, choćby z tego względu, że termin “anime” jest sam w sobie sztucznym tworem marketingowym, mającym dawać poczucie inności i wyjątkowości japońskiej animacji. Tak samo jak używana w latach 70. i 80., w czasach gdy japońskie animacje zaczęły trafiać na Zachód, nazwa "Japanimation", mająca podkreślić unikalność i egzotyczność produktu.


Bo przecież czym tak naprawdę jest anime? Całkiem niedawno japońskie studio 4°C zanimowało sekwencję walki w Niesamowitym Świecie Gumballa, a jeden z animatorów Studia Trigger, Takafumi Hori, pracował nad odcinkiem Steven Universe. Ale związek animacji japońskiej z zachodnią, od samego początku mocny i trudny do rozdzielenia, sprawia, że jakiekolwiek podziały są płynne i sztuczne. Na Vanishing Trooper Incident już cztery lata temu pojawiła się kompilacja czołówek, które Japończycy stworzyli do zachodnich serii - są wśród nich między innymi Batman, Thundercats czy Silverhawks. Wszyscy przecież wiemy jak Osamu Tezuka inspirował się Disneyem, widzieliśmy nawiązania do Marvela w pracach Studia Trigger.


Ale wiedzą równie dostępną, choć mniej zagnieżdżoną w powszechnej świadomości, jest skala współpracy międzynarodowej. Coraz łatwiejszej w czasach internetu i tanich linii lotniczych. Więc, na przykład, zlecanie produkcji inbeetweenów (tych mniej ważnych klatek, pomiędzy kluczowymi) czy nawet całych sekwencji animatorom w krajach, gdzie ich praca jest tańsza - Korei, Indii, Chin, Tajwanu, Filipin. Zarówno przez japońskie studia jak i te zachodnie. W tym samym czasie ludzie z innych krajów przyjeżdżają tworzyć w Japonii - jak choćby wspominany już na tym blogu Mateusz Urbanowicz, malujący tła w Comix Wave Films. Wszystko to możemy po prostu zobaczyć w napisach końcowych, bo się wyróżnia: o ile japońskie nazwiska zapisywane są po japońsku, koreańskie, amerykańskie i rosyjskie już są w naszym alfabecie.


Coraz bardziej zmienia się też model finansowania anime. Do niedawna komitety produkcyjne (nie zawsze studia - na przykład Actas nie finansuje Girls und Panzer, więc i nie zarabia na nich więcej niż w sztywnym kontrakcie) liczyły głównie na sprzedaż fizycznych nośników, płyt DVD i Blu-ray, wydawanych po emisji w telewizji. Płyty często zawierają dwa odcinki z poprawioną animacją i może jakieś dwuminutowe komediowe skecze z postaciami z serii. Często to jedyne dodatki, co przy cenach na poziomie równowartości 200-300 złotych i ciasnocie japońskich mieszkań sprawia, że na kupno pozwalają sobie nieliczni, zagorzali fani, skupiający się na jednej serii naraz. Jeśli rzucicie okiem na ostatni ranking sprzedaży, zobaczycie, że najlepiej sprzedaje się Love Live! Sunshine!!, ale to limitowana edycja - z singlem, książką, obrazkami, oraz, co najważniejsze - kuponem z szansą na dobry bilet na pierwszy koncert Aqours. Często pierwsze płyty mają tak atrakcyjne dodatki i oszałamiającą sprzedaż, by potem spaść, jak kolejne na liście My Hero Academia 5 i Sansha Sanyou 5 - zaledwie półtora tysiąca kopii. Niezbyt pokrzepiające, prawda?

Na szczęście w sukurs przychodzą gaijini - szacuje się, że w tej chwili ponad jedna czwarta zysku z anime to zagraniczny streaming. Nawet nie Crunchyroll, niestety, a inne azjatyckie rynki. Jakoś tak głupio wychodzi, że gdy Japończycy starają się zrobić anime adresowane do zachodniego odbiorcy, nie okazuje się ono hitem - nikt już nie pamięta Heromana, a Space Dandy wspominany jest tylko w kręgach Prawdziwych Koneserów. Podejrzewam, że to dlatego, że wcale nie zawierały tego, co Zachód lubi w anime, ale to, co twórcom się wydawało, że Zachód tak ogólnie lubi. Teraz więc Japończycy uderzają bliżej, o czym już wspominałam przy okazji zapowiedzi jesiennych - liczba anime produkowanych wspólnie z Chińczykami i na ich rynek od jakiegoś czasu wzrasta, a teraz stała się już zbyt duża, żeby nie zauważyć trendu. Ale czy anime o wampirach, gdzie bohaterowie mają na imię Liu Mi i Chen Fong jest mniej anime niż anime o magicznych dziewczynkach o imieniu Usagi Tsukino i Ami Mizuno? Nad wykończeniem obu pracowało między innymi koreańskie Namu Animation, ale podczas gdy to pierwsze jest emitowane w japońskiej telewizji, drugie pojawiło się li tylko w internetach.

Używam określeń "anime" i "manga" tylko z lenistwa i cynizmu. Z lenistwa - bo łatwiej zakreślić kategorię jednym słowem niż ją opisywać, a i cynicznie łudzę się, że będzie więcej wejść bo będzie mnie łatwiej znaleźć (co jest mrzonką bo młodzież teraz woli Youtuba od czytania blogasków). Ale te określenia są płynne i przez to różnie definiowane. Bo jeśli Shelter się nie liczy, jako finansowany przez nieJapończyka, to co w takim razie z Supernatural od Madhouse, którego sfinansował Warner Bros.? A potem co z innymi anime, na które Warner Bros. wyłożył pieniądze, między innymi Jojo's Bizarre Adventure, Shirobako czy Prison School? A może w ich przypadku będziemy liczyć procentowy udział? Oczywiście nie tylko na tym polu stawiane są granice: niektórzy upierają się, że Thunderbolt Fantasy, serial kukiełkowy od Gena Urobuchiego, powinien zostać uznany za anime, a Inferno Copa usunięto z AniDB, bo przecież nie zawiera faktycznej animacji.

To, czego chciałabym widzieć więcej, to wykraczanie poza swoją strefę komfortu i próbowanie nowych rzeczy. Pękło mi serce gdy zobaczyłam postulaty, żeby teledysk ME!ME!ME! nie był na MALu zaliczany do serii Japan Animator Expo, żeby był osobno, bo ludzie chcą go sobie dodać do list (jest popularny, seksowny i memiczny), ale nie są zainteresowani nawet spojrzeniem na pozostałe, nudne animacje w serii (które nie są popularne, ani seksowne, ani memiczne). A niektórych rzeczy nawet próżno szukać tam czy innych tego typu mierzących kompetencje stronach, albo są żałośnie niepopularne. Dlatego forsuję krótkometrażówki i starocie gdziekolwiek jestem, pamiętając, że nowe i świecące serie telewizyjne też bywają dobre (a stare, eksperymentalne animacje mogą być gniotami). Tak długo, jak coś z tego wynosimy, tak długo warto. Ale o właściwym sposobie oglądania anime może opowiem kiedy indziej.

Podobne:

0 komentarzy