Bakumatsu Rock

Ekranizacje gier bardzo rzadko się udają. Przenoszenie interaktywnego, wymagającego działania medium na pasywne oglądanie ma wiele pułapek...

Ekranizacje gier bardzo rzadko się udają. Przenoszenie interaktywnego, wymagającego działania medium na pasywne oglądanie ma wiele pułapek, nie mówiąc już o ograniczeniach czasowych w skondensowanej fabule, różnych ścieżkach i wyborach prowadzących do różnych wyników. Tutaj nawet nie mam pojęcia o rozgrywce lub fabule oryginału, równie dobrze pierwowzorem mogłaby być manga - to właśnie uważam za sukces tej adaptacji!

Dawno, dawno temu, Europejczycy próbowali zapanować nad światem, rywalizując jednocześnie między sobą nawzajem. Dotarli także do Japonii i namieszali na tyle, że nowy szogun wypędził ich, zamknął granice i wprowadził surowe kary za każdy kontakt niekontrolowany przez jego rząd. Paręset lat później przybyli Amerykanie, pogrozili i granice otwarto z powrotem, a urząd szoguna zlikwidowano. Właśnie o tej przemianie opowiada Bakumatsu Rock, tylko że w drugą stronę, bo jacykolwiek obcokrajowcy pojawiają się tylko na kilka sekund, w bonusowej scenie po napisach.
Główny bohater to pełen energii entuzjasta rockowej muzyki, Ryoma Sakamoto. Co oczywiście oznacza, że Shinsengumi będą tymi złymi - tutaj nie są jednak policją, a wytwórnią idoli, których popowe piosenki pomagają szogunowi kontrolować społeczeństwo. Tak, to ta dziwaczna reinterpretacja historii, jakie uwielbiam w japońskiej popkulturze. Przy czym nikt nie został tu nagle dziewczyną, kobiet w ogóle jest bardzo mało i służą głównie jako źródło komedii. To w końcu seria dla dziewczyn, gdzie rockerzy rockują tak mocno, że moc rocka niszczy im ubranie od pasa w górę, mamy też obowiązkowy odcinek z wyprawą do łaźni i walką zespołów na golasa.
Projekty postaci są szalone, kolorowe i szalenie niepraktyczne dla potencjalnych cosplayerek, a dziwactwa opierają się głównie na anachronizmach. Wiedząc więcej o historii Japonii wyciągniemy trochę więcej, ale znowu nie aż tak dużo żeby specjalnie studiować podręczniki. Wszystko, czego naprawdę potrzebujecie wiedzieć: chodzi o bunt przeciwko kontrolującej władzy i zastałym normom. A co się do tego lepiej nadaje, niż rock? Oczywiście taki łagodny, popowy, w wydaniu japońskim. To był mój główny problem z tym anime już od trailerów - tak naprawdę rockowe piosenki głównych bohaterów i popowe piosenki idoli trudno odróżnić od siebie na sam słuch, trzeba zwrócić uwagę na działanie. Idolowy pop hipnotyzuje społeczeństwo i sprawia, że Japończycy są posłuszni szogunowi i się nie buntują. Kanalizuje ich energię i pieniądze w koncerty, eventy, kupowanie gadżetów, bicie się o autografy. Z kolei rock wyrywa ich spod tej kontroli, przemienia w lepszych ludzi i uszczęśliwia naprawdę, samą muzyką, nie komercyjną otoczką.
Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o obsadzie głosowej, tym bardziej, że mamy tu rzadki przypadek Toshiyukiego Morikawy brzmiącego jak mój husbando, Kojuuro z Sengoku Basary - to aktor o bardzo dużej skali, więc rzadko mu się to zdarza. W dodatku grany przez niego Hijikata to jeden z głównych bohaterów! Jest tu też Keiji Fujiwara (Ardyn - Final Fantasy XV, Maneo - Miss Monochrome, Silver Karasu - Ninja Slayer), jako Kondou, dowodzący Shinsengumi - a więc znów tatuś/wujek/opiekun. W roli Ryomy Sakamoto a zarazem i głównego bohatera występuje wokalista Granrodeo, Kishou Taniyama (Natsuki - UtaPri, Jean - Attack on Titan). A jako zły złol Naosuke Ii, wyglądający jak cosplayer Sephirotha w dodatku z przepaską na oku - Yasumoto Hiroki (Guile - Street Fighter IV i V, Zundar - Boueibu, Hoozuki - Hoozuki no Reitetsu). Zdecydowanie jest tu czego słuchać.
Nie wiem jaką część fabuły gry to anime adaptuje, wiem jednak, że zakończenie serii jest satysfakcjonujące i domknięte. Również mocno szczęśliwe i optymistyczne - serduszka zostają uzdrowione, wolność uratowana i tylko tych kilku dramatycznie zmarłych po drodze szkoda trochę. Oczywiście dostaniemy zapowiadającą coś więcej scenę po napisach, z granym przez Junichiego Suwabe (Ren - UtaPri, Space Dandy), komodorem Matthew Perrym w podwiązkach i spódniczce z amerykańskiej flagi. To już jednak zachęta do sięgnięcia po drugą część gry, która wyszła w tym samym miesiącu, w którym zakończyła się emisja anime.
Bakumatsu Rock ma wiele wspólnego z moją ulubioną Sengoku Basarą - oba anime to adaptacje gier, których fabuła luźno opiera się na historii Japonii, ale bardziej skupia na szaleństwie i anachronizmach. Oba anime dzielą nawet ze sobą reżysera, ale też i wielu animatorów. Właśnie dlatego lubię to anime - uwielbiam to japońskie luźne podejście do historii, gdzie przemieniają te nudne podręczniki w mnóstwo dobrej zabawy. Nie zawsze mądrej czy sensownej, ale dla takich cech to się czyta książki - mnie wystarczy, że jest kolorowo i wesoło.

Podobne:

0 komentarzy