Codwutygodniowy Biuletyn Kulturowy #16

Wracamy z Biuletynami! Tak, jak obiecywałam - po nocy przychodzi dzień, a po burzy słońce, nagle ptaki budzą mnie... wait, what? Poniższe ...

Wracamy z Biuletynami! Tak, jak obiecywałam - po nocy przychodzi dzień, a po burzy słońce, nagle ptaki budzą mnie... wait, what? Poniższe to sklejka nigdy nieukończonego Biuletynu z września i kilku nowszych rzeczy z teraz, wybaczcie więc starość nie radość, śmierć nie wesele... wait, what?

Solomon Kane

z okazji pierwszej rocznicy ślubu chcieliśmy z mężem zrobić coś romantycznego i odpaliliśmy pierwsze Transformery na Netfliksie. Żadne z nas nigdy nie widziało tych słynnych filmów i chyba już nie zobaczy, bo po jakichś czterdziestu minutach daliśmy sobie spokój, zażenowani.
Solomon Kane z materiałów promocyjnych przypomina Van Helsinga z 2004, nawet James Purefoy wygląda jak taki dietetyczny Hugh Jackman. A klimat jest jak w Conanie Barbarzyńcy. I nie pomyliliśmy się, bowiem Solomon Kane został stworzony przez Roberta E. Howarda wcześniej nawet niż Conan, a jego stylówa z czarnym płaszczem i fajnym kapeluszem prawdopodobnie zainspirowała i Van Helsingi i Vampire Hunter D.
Estetyka to właśnie najmocniejsza strona tego filmu, śliczne plenery, klimatyczne kostiumy i walki, nawet nie przeszkadzało mi, że ostatni boss fight był w tym samym pomieszczeniu co ten w intrze, tylko dla niepoznaki inaczej udekorowanym. No właśnie, bo fabularnie film ma bardzo grową strukturę, bohater eXPi, jest potężniejszy w dramatycznych, wyglądających jak cutscenki scenach, nawet miejscówki do bossfightów można odgadnąć. No i ten jeden, jedyny, ostatni boss co pasuje do reszty jak kwiatek do kożucha, niczym jakiś Necron z Final Fantasy IX. To i ewidentne ustawianie wszystkiego jako pierwsza część trylogii, która nigdy dalej nie powstała to jednak jedyne, co mi się nie podobało.

Daredevil: Wściekłość i Wrzask

Uwielbiam WKKM za to, że pozwala mi się zapoznać z komiksami, po które sama z siebie nigdy bym nie sięgnęła, nawet w wersji pirackiej albo widząc na półce u kogoś w gościach. Daredevila zawsze miałam za grimdark edgy nudnego kolesia, w którego się śmiesznie rzucało śmietnikami w Marvel Ultimate Alliance 2, bo jest, hehe, ślepy.
A tymczasem z nudów sięgnęłam po leżący na wierzchu komiks i... był zabawny?! Nie nazwałabym go bardzo lekkim - trochę trzeba znać uniwersum, trochę ludziom dzieje się krzywda (zwłaszcza sprawa policyjnej brutalności wobec muzułmańskiego sklepikarza jest dość współczesnym tematem) - ale z pewnością jest bardzo lekko podany. Podobało mi się zwłaszcza graficznie - flow między kadrami popsuł mi się tylko w jednym miejscu, a tak Matt tańczy balet między wszystkim na swojej drodze, a jednocześnie udaje, że nie, bo przecież jest niewidomy. I ten jego brak wzroku też ma znaczenie, bo są sytuacje, w których supersłuch i superwęch po prostu nie pomogą. A i przeciwnicy nie zawsze są konwencjonalni, bo przecież byłoby to nudne.
Onomatopeje i przedstawienie jak Daredevil postrzega swoje otoczenie bardzo dobre, ale szczególnie podobały mi się większe kadry w których ta sama postać pojawia się kilkukrotnie, na różnych etapach czynności/dialogu i w innym czasie - właśnie dla takich rzeczy czytam komiksy. Polubiłam jeszcze brak romansu, ale to już totalnie kwestia moich własnych upodobań.
Nie do końca za to zagrało mi to ciągłe upieranie się wszystkich i wszystkiego, żeby Matta nazywać Daredevilem, żeby śmieszkować, że taki zdemaskowany, udaje, no cześć, Daredevil! Wydaje mi się, że po jakimś czasie ludzie odpuściliby i zajęli się jakimś innym celebrytą, przynajmniej na ulicy - bo rozumiem, że w sądzie każdy orze jak może. No i teraz ten wesoły i optymistyczny Daredevil będzie moim wzorcem i gdy trafię na bardziej klasycznego, mrocznego Linkinparka to będę niezadowolona. Na razie jednak - chcę więcej!

Bruno Schulz - Sklepy Cynamonowe

Momentami trochę męczyłam się z kwiecistym językiem i piętrowymi metaforami, ale przedstawiane wizje były tak cudne i działające na wyobraźnię, że nadal mi miło. Wszystko wyobrażałam sobie w głowie jako surrealistyczne animacje, bo, w sumie, dla animacji to czytałam. Chciałam, zanim obejrzę poklatkową Ulicę Krokodyli braci Quay (https://pl.wikipedia.org/wiki/Ulica_k...), poznać oryginał. A że lubię opowiadania, sięgnęłam od razu po wszystkie, ponieważ czemu nie. Dużo bardziej wolałabym animację na podstawie tytułowych Sklepów Cynamonowych, bo ten nocny, zimowy spacer najbardziej podziałał mi na wyobraźnię. Natomiast fragment o Ciotce Perazji z Wichury pamiętam z dzieciństwa, jak czytałam go parokrotnie bez kontekstu i wywoływał u mnie uczucie nieprzyjemnego niepokoju, tak, jak scena o Rozalce w piecu z Antka.
Twórczość Schulza nie była lekturą za moich czasów, więc właśnie z rozczarowaniem odkryłam, że zostały po nim tylko dwa zbiory opowiadań. Może byłoby więcej gdyby pożył dłużej niż pięćdziesiąt lat, WIELKIE DZIĘKI NIEMCY.

 Natalia Osińska - Fanfik

Spoilery mi nie szkodzą, zwłaszcza takie do rzeczy, którymi się nie interesuję, więc bez wahania przeczytałam wypełnioną nimi notkę na jednym z moich ulubionych blogów: http://meanwhile-on-vulcan.blogspot.c... Zachęciło mnie to do rzucenia okiem na powieść młodzieżową (!) a potem pożałowania, że znam już jakieś spoilery (!!).
Styl darmowej próbki tak bardzo mi się spodobał, że natychmiast kupiłam całego ebooka. Noga jestem z literatury, więc nie potrafię tego porządnie wytłumaczyć, ale opisy były świetnie zbalansowane (chociaż może po Sklepach Cynamonowych pragnęłam czegoś prostszego) a młodzieżowość tej młodzieży kupiłam, nie miałam wrażenia, że to jakiś rodzic próbuje wtrącać język zasłyszany u swoich dzieci, z żenującym skutkiem - wręcz przeciwnie.
W roli głównej i jako punkt widzenia (przy narracji trzecioosobowej) jest tu nastoletnie dziecko, które właśnie zaczyna odkrywać kim jest i mierzyć się ze światem. Przy tym jest koszmarnie głupie i niedojrzałe, postrzelone, nadpobudliwe i często sama narracja ironizuje, że dzieciakowi się wydaje, że oto taka krzywda mu się dzieje, a tymczasem sam jest dupkiem i pajacem. Ale jest to postać dość umiejętnie i wiarygodnie skonstruowana, więc łatwo było mi się trochę utożsamić a trochę chcieć adoptować i roztoczyć troskliwą opiekę nad gnojkiem. Na szczęście nie trzeba, bo reszta obsady daje radę. Bardzo mocno mi się podobało, jak początkowo wszyscy byli tymi jednowymiarowanymi postaciami, jakich pełno w kiepskich fanfikach, a potem okazało się, że wszyscy mają swoje problemy, chcą dobrze tylko różnie wychodzi, nie są łotrami próbującymi zniszczyć świat. Bardzo, ale to bardzo podoba mi się zwłaszcza humanizacja dorosłych, ojciec był przeuroczy.
Zdaję sobie sprawę, że prawdziwy świat nie zawsze jest tak piękny i akceptujący i nie wszystko zawsze się układa tak przyjemnie. Ale w mojej popkulturze poszukuję przede wszystkim komfortu i eskapizmu, więc lubię czytać/oglądać jak to bohaterom wychodzi, nawet gdy po drodze były jakieś porażki i dyskomforty. Zwłaszcza, że, w sumie, każdy z nich się czegoś nauczył i trochę zmienił, więc ten słynny rozwój postaci też jest odhaczony.
Zaskoczyło mnie trochę, że to dopiero debiutancka książka, ale potem pomyślałam, że autorka pewnie sama pisała wcześniej fanfiki i to na nich się tak wyrobiła i to stąd się tak dobrze zna. Nie chcę kontynuacji tej właśnie historii, tych bohaterów mi starczy, ale z chęcią przyjrzę się jakiemuś nowemu dziełu Osińskiej. 

PONIŻSZE NOTATKI napisałam gdzieś między sierpniem a wrześniem, gdy Biuletyny znów mi zdechły, ale nadal chcę je gdzieś przechować, bo nie zmieniłam od tego czasu zdania, OBIECUJĘ POPRAWĘ!

Hakkenden: Touhou Hakken Ibun 2

Miałam z Hakkendenem ogromny problem w pierwszym sezonie i zmęczyłam go do końca tylko żeby zaliczyć, no i bo był pełen ładnych chłopców w ładnych otoczeniach. Nic nie rozumiałam i zwalałam to na nieznajomość książki, na której się to opiera - Hakkenden nigdy nie został przetłumaczony na żadnen z całych dwój języków, które znam. Dziś wydaje mi się, że byłam po prostu zbyt nieuważna i sceptyczna, ale nie będę oglądać ponownie żeby ~dać jeszcze jedną szansę~, szkoda mi czasu. Zamiast tego jakimś cudem obejrzałam drugi sezon, który jest bezpośrednią kontynuacją. Ponieważ manga jest jeszcze publikowana, nie dostajemy definitywnego zakończenia, ale i tak jest dość satysfakcjonujące - udaje się zebrać wszystkich osiem psów ośmiu wojowników, wielka bitwa, pokonanie pradawnego zła, wyjaśnienie większości rzeczy. Nałapałam mnóstwo ślicznych screenshotów i posłuchałam jeszcze więcej seiyuu których lubię, między innymi Keijiego Fujiwary czy Kenjirou Tsudy. Ta seria dość wyraźnie dzieli się na kilka historyjek o znalezieniu kolejnego faceta z jednym z tych magicznych koralików i "psem" w nazwisku, wyleczeniem jego serduszka i zrekrutowaniu do bandy. Wydaje mi się, że gdybym oglądała oba sezony jako jedną całość, bliżej siebie, lepiej bym odebrała całość i więcej wyniosła. natomiast to, czego Hakkenden konsekwentnie nie potrafi robić to humor. Azja wschodnia ma tę tendencję do łączenia w jednym dziele koszmarnych tragedii i głupkowatej komedii, czasem to działa, czasem tylko gdy jesteś w odpowiednim nastroju, a czasem w ogóle. Puenta, że główny dzieciak bardzo dużo je i jest śliczny jak dziewczynka były stare już w pierwszym sezonie. Apodyktyczność Hamaji stonowali prawie jej nie pokazując dopóki nie stała się potrzebna żeby uleczyć jedno z tych złamanych serduszek i nie, nie mówię tu nawet o romansie. Bo w tym anime nie ma prawie romansów, jest za to mnóstwo innej miłości i to też mi się bardzo podobało. Jest miłość między rodzeństwem, zarówno rodzonym jak i adoptowanym, miłość rodzicielska i konsekwencje jej braku, miłość do swojej pracy, miłość do swojej społeczności, do zwierząt, dzieci, a wreszcie mnóstwo przyjaźni. I tak, część z tej przyjaźni jest między ładnymi chłopcami, którzy mają problemy z uszanowaniem osobistej przestrzeni innych ładnych chłopców, ale poza dwoma (często powtarzanymi) żartami, nigdy nie przekracza to granicy w romans. Mamy więc najlepsze z obu światów - gdzie ja dostaję swoją Przyjaźń, yaoistki bez trudu zobaczą Buttsexy. To jest dopiero Equal Opportunity Fanservice!

Fantastyczna Czwórka: Nadejście Galactusa

Komiks z lat 60., ze wszystkimi tego wadami i zaletami. Wbrew tytułowi, pojawienie się Galactusa i Silver Surfera to tylko jedna z trzech historyjek - tom otwiera ślub Reeda Richardsa i Sue Storm oraz atak hordy ich wcześniejszych przeciwników podburzonych przez Dr.a Dooma (wbrew okładce Namor się nie pojawia), potem mamy troszkę Galactusa, a na koniec pierwsze pojawienie się Inhumans. Wszystkie związki w komiksie są dysfunkcyjne, przynajmniej z naszego punktu widzenia: Reed ignoruje swoją żonę, zamykając się na wiele dni w laboratorium, irytując gdy ta próbuje mu choć wcisnąć trochę jedzenia i spędzając wiele dymków na ochrzanianie jej za bycie głupią i nieposłuszną kobietą, podczas gdy wytłumaczenie co chce zrobić zajęłoby nieporównanie krócej. Sue z kolei zachowuje się jak zakochana nastolatka, w pewnym momencie nawet sprowadzając zagrożenie bo ZOMG MONSZ JUSZ MJĘ NIE KOHA. A ić pan w buraki z takim małżeństwem. W ogóle komiks jest koszmarnie przegadany, co było normalne w tamtych czasach. Chyba scenarzyści niezbyt ufali rysownikom, więc bohater musiał mówić co robi i jednocześnie narrator tłumaczyć to samo, podczas gdy na rysunkach było przecież widać, bo Jack Kirby rysował przecież bardzo czysto i przejrzyście. Myślę, że mało kto czyta te starożytne skamieliny, bo faktycznie są ciężko nieprzystępne.  A ja mam tendencje do narzekania, a potem ciężko mi sprzedać, że coś naprawdę polubiłam - bo w tym wszystkim komiks mi się przecież spodobał! Nie tylko jako relikt i pierwsze pojawienie się Silver Surfera, był przede wszystkim prostą, niewymagającą rozrywką. Akcja, walczymy ze złym kolesiem albo całą ich armią, wzdrygamy się na widok Strasznego Dramatu gdy miłość życia Johnny'ego którą znał przez parę godzin zostaje mu odebrana, więcej akcji, więcej przeciwników. No i - w Fantastycznej Czwórce wszyscy są dupkami, tak, nawet mój ukochany Ben Grimm, więc tak naprawdę małżeństwo Richardsów jest bardzo dobrze dopasowane.

King of Fighters XIV

Lubię bijatyki. Naciskanie losowych guzików i nadal wyglądanie cool (albo i nie - ale nie mam ciśnienia na wygrywanie, więc obrywanie w dalszym ciągu mnie bawi), sympatyczne i zabawne postacie, interesujące oraz zawikłane historie, przebieranki, finishery, taunty. Niestety, tych ostatnich w czternastym KoFie nie ma, ale nie przeszkadzało mi się to jarać tą grą już od dema, bo zawiera masę zawartości dokładnie takiej jaką lubię i nie trzeba było czekać miesiącami na dodanie jej części! Musiałam się trochę przyzwyczaić do niektórych redesignów, bo Robert teraz wygląda jak czterdziestolatek a Yuri jak trzynastolatka, Iori Yagami z kolei nie ma już tego sznurka wiążącego mu nogi. Bardzo lubię nowe i "nowe" postaci, podoba mi się, że w tej części organizującym wszystko biznesmenem jest całkiem sympatyczny kolo, a nie szatan w ludzkiej skórze, choć oczywiście, że to oszukujący z inputami szatan jest prawdziwym ostatnim bossem. Każde story mode ma sympatyczne zakończenie, w dodatku sporo postaci ma krótkie dialogi przed walką gdy się spotykają - odgadywanie kto może gadać z kim to również świetna zabawa. Rozczuliło mnie, że pojawia się w tych zakończeniach całe mnóstwo pominiętych w rosterze postaci i często wyjaśniają, czemu ich nie było na turnieju. Also, Mai i Andy są już na tak komfortowym etapie związku, że przed walką rozmawiają o wyłączeniu klimatyzacji w ich wspólnym mieszkaniu. Comfy, efektownie i przyjemnie, szkoda, że perły przed wieprze i sprzedało się jakieś pięć kopii, podczas gdy każdy i jego stara kupili Street Fightera, ech.


Luke Cage

Nie lubię aktorskich produkcji, bo prawdziwi ludzie są nieestetyczni, tylko rysunki, na zawsze. Ale zdarzy się, że coś z aktorami obejrzę, czasem nawet cały serial. Luke to jedyny komiksowy serial który mnie interesuje, zresztą łączy się z Jessicą Jones i Daredevilem tylko trochę, więc wszystko wyjaśnił mi mąż albo obejrzałam w półgodzinnym wideo na Youtube.
Celowo i z pełną premedytacją wybieram animacje, ale wiem, że w anime niektórych rzeczy brakuje. Na przykład dojrzałych postaci w rolach głównych. Tutaj wśród najważniejszych postaci nie ma nikogo poniżej trzydziestki, a czterdziestka to standard. Nie znaczy to, że wyglądają jak totalne staruchy, czterdziestoletni Mike Colter jako Luke jest tak niesamowicie atrakcyjny, że totalnie rozumiem te kobiety chcące zwrócić jego uwagę już od pierwszych minut. Myślałam też, że Mariah Dillard ma maksymalnie 50 lat, a tu gra ją sześćdziesięciotrzyletnia aktorka z córką w moim wieku, co za fantastycznie zachowany okaz! Oczywiście najbardziej gapiłam się na fantastyczną Simone Missick, od początku też shipowałam ją z Lukiem bo zabawnie flirtowali i bardzo ładny pan + bardzo ładna pani = dużo ładności, ale potem poznałam pełne nazwisko jej postaci i wiem już, że jest przeznaczona komu innemu, ale to już spoilery z komiksów.
Okej, jestem pustą babą bo zamiast chwalić serial chwalę dobry wygląd aktorów, a nie tylko oni dobrze wyglądali. Serial jest bardzo klimatyczny, w klubie promowali prawdziwych muzyków, w tle mocne rapsy, graffitti i dużo murzyńskiej kultury oraz gangów, jednocześnie dobre i złe strony afroamerykańskiej społeczności, bez udawania, że wszyscy to rzezimieszki albo niewinne sierotki. Szkoda trochę, że symbolikę wrzucili na takim podstawówkowym poziomie dla typowego Amerykanina albo fana anime: szachy i cytaty z Biblii, a i dialogi jakieś takie drewniane i szeptane, bardziej to zauważam w języku który rozumiem. Przeważnie, bo jest też sporo slangu, którego musiałam się mocno domyślać z kontekstu albo nie łapałam w pełni. No i końcowy villain też jakby się urwał z anime, spokojnie był najsłabszą częścią serii. Dobrze, że inne części w tym samym czasie dostarczały, a cliffhanger był odpowiednio interesujący.

KÓŁECZKO WZAJEMNEJ ADORACJI

Newsów nie będzie, bo te, które zapisałam były już tak przeterminowane, że o niektórych rzeczach, które hajpowałam zdążyłam już zapomnieć. Roster postaci w Musou Stars irytuje mnie z każdą kolejną zapowiedzią. Na szczęście jednak dobre blognotki, nawet gdy już stare, to w dalszym ciągu dobre!
Jak ten bardzo szczegółowy spis wszystkich narzędzi, których Mateusz Urbanowicz używa do rysowania i malowania - jest to dla mnie bardzo ważne, bo to chyba najbardziej skupiony na tradycyjnych środka artysta spośród moich ulubionych, no i nie żyję w Japonii, więc nie znam tamtejszego rynku. A jeśli chcecie do niego dołączyć, tutaj pięć porad dla gaijina jak przyjechać sobie do Japonii i zacząć pracować w przemyśle anime. Adresowane do Amerykanów, ale bardzo uniwersalne. A z kolei ten pan tutaj ładne Ajronmeny rysuje, po prostu.
Nabijałam się jakie New Game! jest w ogóle nieprzypominające prawdziwego przemysłu growego, a tymczasem okazuje się, że byłam ignorantem opierającym się tylko na doświadczeniu własnym i znajomych. Ludzie tworzący japońskie gry w Japonii co chwilę wspominali, jak bardzo to wszystko prawdziwe, że jedyną nierealną rzeczą jest to, że słodkie dziewczynki zamiast obleśnych facetów - ale organizacja, albo często krytykowane zatrudnianie zaraz po studiach, bez doświadczenia - to tam powszechne standardy. Więcej w tym oto wywiadzie z jednym z takich twórców!
Jeśli szukacie jakiegoś dobrego filmu anime, polecam te dwie listy: Scampa, z zasadą, że tylko jeden film każdego reżysera, oraz na Tofugu, z zasadą, że bez Ghibli. To, oczywiście, dwie próby wybrnięcia ze schematu takich list, gdzie zawsze Miyazaki zajmuje przynajmniej połowę - jemu przecież zresztą już nie trzeba reklamy. Co, oczywiście, oznacza, że druga lista zawiera wszystkie cztery filmy Satoshiego Kona.

Podobne:

0 komentarzy