Labyrinth of Flames

Chciałam jeszcze przed końcem roku wrzucić notkę podsumowującą rozczarowania - ale przejrzałam notatki i uznałam, że byłoby to dużo narzek...

Chciałam jeszcze przed końcem roku wrzucić notkę podsumowującą rozczarowania - ale przejrzałam notatki i uznałam, że byłoby to dużo narzekania na rzeczy albo nieistotne, albo takie, które chcę już wyprzeć. Dlatego w tym roku planuję również na blogu robić to, co na Twitterze: prawie same pozytywy, śmieszki, memeły i ładne rzeczy; żadnych negatywów - prywatne problemy załatwiane prywatnie, na te globalne już i tak reaguję totalnie apatycznie. A zacznę od pisania o głupich komediach!


Nie mam pojęcia skąd Labyrinth of Flames wytrzasnęłam, ale nie liczą się intencje, liczy się efekt - a ten był dla mnie bardzo dobry. Dwa półgodzinne odcinki to dość, żeby opowiedzieć w miarę prostą, komediową historyjkę. Galan to rosyjski nastolatek, którego największym pragnieniem jest zostać samurajem. Jest takim podręcznikowym weeaboo: zrobił sobie kostium z jakichś dresów i szlafroka z wielkim Г (pierwszą literą jego imienia w cyrylicy) na plecach, klęczy w składziku z namalowanym kanji na drzwiach i ogląda samurajskie filmy, wymachując przy tym plastikowym mieczem. Przy czym jego zainteresowania są całkowicie powierzchowne i nie stara się pogłębiać wiedzy, no bo po co - ceremonię herbacianą można odwalić z kawą, prawda? Galan przyjaźni się z Natsu, dziedziczką starej, japońskiej rodziny z tradycjami i jedyną córką, która próbuje wymigać się od zaaranżowanego małżeństwa. A potem pojawia się fantastyczna ciocia i międzynarodowa afera ze skarbem...

Jak w wielu krótkich komediach, fabuła to tylko pretekst, żeby pokazać nam dużo wygłupów, majtek i całkiem niezłych postaci. Galan to taki typowy główny bohater - idiota, a Natsu to typowa panienka z dobrego domu, która zamienia się w agresywną harpię gdy ktoś wchodzi jej w drogę. Ale na drugim planie jest już lepiej. Przede wszystkim ciocia Natsu, Shinka - dojrzała, piękna, poważna i znakomita wojowniczka, potrzeba podstępu, żeby wykluczyć ją z walki - bo przecież wiemy, że wszystko ostatecznie musi uratować główny bohater. Datenoshin, chłopak, z którym jest zaręczona Natsu, to przystojny i miły facet, który potrafi się wygłupiać, ma wyrzuty sumienia gdy dostaje niewdzięczne zadanie skrzywdzenia kogoś. Kończy też najgorzej, no ale w sumie faceta ani prostytutki nie da się zgwałcić, prawda. Jest jeszcze pokojówka Natsu, Kasumi - taka Excel i Hyatt w jednej osobie - megaenergiczna, postrzelona i denerwująca, ale jednocześnie cierpiąca na anemię, zasuwająca wszędzie z kroplówką i mdlejąca od większego wysiłku. Dodajmy do tego ojca Natsu i brata Shinki, który jest typowym zboczonym staruchem, macającym nawet własne dziecko, tajemniczą reporterkę z AMERYKI oraz dwie piękne, niezwykle seksualne kochanki ojca - i to już wszyscy.

To ich wygłupy i interakcje są fundamentem tego anime. A drugim fundamentem są tyłki, cycki, uda - wszystkie ważne części kobiety. Dziwnym nie jest, skoro Labyrinth of Flames stworzyła ta sama ekipa, co kultową kiedyś OAV, Agent Aikę. Być może nie kojarzycie, ale Aika wyznaczała kiedyś standardy ostrego ecchi - takiej niesamowitej ilości (białych) majtek nie odważono by się pokazać w telewizji! Jest więc zamknięte ostatecznie kilka miesięcy temu Studio Fantasia - jego założyciel przyznał, że bardzo ważną zasadą w ich twórczości było pokazywać bieliznę bohaterek. Reżyserią i storyboardem zajmował się Katsuhiko Nishijima, który ma na koncie również Project A-ko, Blazing Transfer Student (dziś znane głównie jako jedna z rzeczy parodiowanych przez Kill la Killa) i Megami Paradise, a w ostatnich latach przerzucił się z ecchi na hentaje. Postaci zaprojektował i nad spójnością animacji czuwał Noriyasu Yamauchi - tutaj, z racji tematyki, zaszalał z fasonem i pojawiają się też samurajskie majtki w innych kolorach, choć najjaskrawsze, czerwone fundoshi obejrzymy w jednej z dwóch scen kąpielowych, na ojcu Natsu. Druga scena kąpielowa to główny bohater z gołym tyłkiem - to właśnie takie anime.

Bo humor to sprawa najbardziej subiektywna, a spotkałam się z opiniami, że trzeba być rosyjskim weebem, żeby załapać ten tutaj. Kiedyś może spróbuję przetestować to na jedynej Rosjance, jaką znam. Ja być może też mam w sobie trochę rosyjskiej krwi, bo i mnie rozbawiło. Podobało mi się zwłaszcza, że dziewczyny obrywały tak samo często, co faceci, że wszyscy bohaterowie byli choć przez chwilę głupkowaci, oraz przezabawny wizualny gag gdy bohater targa na plecach nieprzytomną kobietę, zostają zaatakowani, ale robi unik, więc tylko jej ubranie się niszczy, a gdy on to zauważa, staje mu tak gwałtownie, że kruszy kamień za którym się krył. O takie żarty nic nie robiłam! Oczywiście sam główny żart, czyli obsesja głównego bohatera na punkcie zostania Prawdziwym Samurajem (na przykład w pewnym momencie zostaje zwabiony w niebezpieczne miejsce za pomocą pęczka katan na sznurku), dostarcza najwięcej ubawu.

Tylko jeden z moich znajomych na MALu obejrzał Labyrinth of Flames. To niezbyt zaskakujące, bo kto by dziś pamiętał krótką OAV z dwutysięcznego roku? Z tak zamierzchłych czasów pamięta się raczej serie telewizyjne, które zapoczątkowały lub zmieniły jakiś gatunek - jak Love Hinę, Yu-Gi-Oh! czy Inuyashę. Labyrinth of Flames raczej nic nie zmieni w Waszym życiu, najwyżej da Wam chwilę rozrywki - lub irytacji, jeśli humor do Was nie trafi. Ale, hej - to nadal tylko jedna godzina, a napisy końcowe zawierają GOŁE BOHATERKI!!!!!11

Podobne:

0 komentarzy