Starsze anime: o tych kilku OAVkach

Jedną z najpiękniejszych rzeczy w blogowaniu jest brak jakichkolwiek ograniczeń w długości tekstu. Nadal jednak czułabym się głupio publik...

Jedną z najpiękniejszych rzeczy w blogowaniu jest brak jakichkolwiek ograniczeń w długości tekstu. Nadal jednak czułabym się głupio publikując tylko jeden-dwa akapity jako całość, dlatego dziś będzie o tych paru losowych starociach na kasety wideo.

Kekkou Kamen (1991-1992)

 Adaptacja mangi Go Nagai. Możecie go nawet nie kojarzyć, ale na pewno widzieliście anime czerpiące z jego dorobku. Na przykład ubrania rozrywające się podczas transformacji magical girls, które po raz pierwszy pojawiły się w Cutey Honey. Stworzył jeszcze na przykład Mazingera czy Devilmana.
Kekkou Kamen wygląda jak jeden z pierwowzorów Kill la Killa - mamy szkołę rządzoną przez despotów (w tym przypadku dyrektora i nauczycieli, nie samorząd), naiwną i niewinną uczennicę, którą dręczą i przy okazji obnażają, oraz przeciwstawiającą się im bohaterkę w nieprzyzwoitym stroju. Przy czym ta wersja jest dużo bardziej ekstremalna - hasłem Kekkou Kamen jest "nikt nie zna mojej twarzy, ale wszyscy znają moje ciało", bowiem poza maską (i butami i rękawiczkami i szaliczkiem) bohaterka nie nosi zupełnie nic i wstydzi się, ale poświęca dla wyższego dobra. O ile szkoła w KlK miała tylko trochę wojskowo-nazistowskiej estetyki, tutaj praktycznie zaczyna się od pokazania nowej nauczycielki do spraw dyscyplinarnych, pani Gestapoko, pracującej wcześniej w Auschwitz Academy. Po co się szczypać, co nie.
Cztery dwudziestominutowe odcinki to trochę powtarzalne przygody: zboczony dyrektor szkoły torturuje tę jedną uczennicę, przy okazji przemocy i upokorzeń podniecając się jej nagością, wpada Kekkou Kamen, i po jakimś czasie pokonuje dyrektora i jego sprzymierzeńców, przeważnie swoim ostatecznym ciosem, polegającym na przyduszeniu twarzy między udami. Ponieważ poprawność anatomiczna to trochę za dużo, wtedy z jej waginy wydobywa się blask i pokonywani mają radochę, zanim stracą przytomność. Niesamowicie głupie, szalone i przez to zabawne anime, typowe dla Nagaia.

Otaku no Seiza (1994)

Dwuodcinkowa adaptacja gry, ciągle puszczająca oczko do widza. To zresztą dość częsty motyw humorystyczny w tych OAV, żeby przynajmniej jedna postać czasem zwróciła się do publiczności czy narratora i narzekała, żądała czegoś lub uzasadniała swoje zachowanie pokazywaniem scenariusza.
Świat chyli się ku upadkowi bo mężczyźni są zajęci czczeniem hitowej grupy pięciu idolek. Główny bohater to mały, gruby i niesamowicie męski drań, mający za zadanie uwieść i zaliczyć te idolki. Neutralizuje je w ten sposób, no bo raz, że już nie są dziewicami, a dwa, że poznały smak Prawdziwego Mężczyzny, a przy okazji każda daje mu część do statku kosmicznego, dzięki któremu będzie mógł wyruszyć w kosmos i zmierzyć się z ich zleceniodawcą - tak, narrator wspomina, że to wątek dokładnie przeniesiony z gry.
Anime stanowczo nie jest poprawne politycznie - wypełniono je seksizmem i homofobią, ale tak przerysowanymi, że nawet oburzyć się nie mam na co. Bardziej mi źle, że żarty z przewijaniem taśmy żeby podróż szła szybciej, hasełkami w stylu "ten koleś to transwestyta, ale jest całkiem sprytny", bandą sexy lasek uganiających się za karykaturalnym bohaterem i narratorem wyskakującym nagle zza kadru żeby pomóc bohaterom - że te wszystkie śmieszki heheszki tylko mnie nudziły. Nie było w Otaku no Seiza żadnego dowcipu, który by mnie rozbawił. Chyba naprawdę nie lubię tych świadomych zabaw gatunkiem, czymkolwiek ma on być.

Assemble Insert (1989-1990)

Kryminaliści w mechanicznych zbrojach terroryzują Tokio, zostaje więc powołana specjalna jednostka policyjna, mająca za zadanie z nimi walczyć. Szef jednostki (po pijaku) wpada na genialny pomysł: poprawią notowania zatrudniając idolkę i dając jej superkostium do walki! Przesłuchania idą kiepsko, ale, oczywiście, ostatnia kandydatka  okazuje się idealna - Maron to urocza i nieśmiała dziewczyna ze wsi, obdarzona supersiłą nawet bez żadnych wspomagaczy.
Kolejna z tych strasznie głupich komedyjek, ale mająca zalety, w odróżnieniu od poprzedniej. Po pierwsze i najważniejsze, szefa wyżej wspomnianej jednostki policyjnej gra Norio Wakamoto (Cell - Dragon Ball, dyrektor Shining - UtaPri, Anderson - Hellsing Ultimate) i robi to w fantastyczny sposób. Naprawdę warto te dwa półgodzinne odcinki poświęcić tylko dla niego. Maron z kolei to urocza i dość nieźle zarysowana dziewczyna. Zżera ją trauma, popełnia głupie błędy początkującego - na przykład nie baczy na zniszczenia dokonywane wokół miejsca walki z przestępcami, niekomfortowo się czuje w swoim idolskim, dziwnym wdzianku... Trochę szkoda, że zupełnie nie ma nosa, nawet w ujęciach, gdy powinna, przez co jej rywalka w idolstwie jest automatycznie atrakcyjniejsza. Ale Maron wyraźnie miała być bardziej sympatyczna niż seksowna, przez co Obowiązkowy Sutek, który musi się pojawić w każdej starej OAV, bardzo łatwo przegapić - jest na okładce kasety z erotyką w wypożyczalni na samym początku.

Megami Paradise (1995)

Idealne anime dla tych, krtórzy nienawidzą mężczyzn - bo nie ma tu ani jednego. Tytułowy Raj Bogiń to wyspa, gdzie mieszkają same młode i piękne kobiety, nieznające czegoś takiego jak spodnie czy spódnice w pełni zakrywające pośladki. Prawdziwy raj!
Główna bohaterka, Lilith, zostaje strażniczką nowej Bogini Matki i ma za zadanie zrekrutować jeszcze dwie koleżanki do pomocy - wraca z trzema, a w dodatku seria pechowych wydarzeń podczas rutynowego ich szukania okazuje się być głębszą konspiracją...
Dziewczyny w tym anime są ładne, pełno bardzo przyjemnych projektów strojów i fryzur, nawet u panien w tle. Humor trochę żenuje ale nie boli, a marną fabułkę łatwo ogarnąć. To znów ekranizacja gry (a raczej mangi, która adaptowała grę), więc wszystko dzieje się za szybko, pozostaje mnóstwo pytań bez odpowiedzi i widać, że to tylko część czegoś większego - ale mało interesującego, gdy już przecież się napatrzyłam na najważniejsze, czyli panienki.
Istotną ciekawostką jest to, że reżyser i projektant postaci dwa lata później stworzyli Agent Aikę.

Oz (1992)

Postapo luźno oparte o Czarnoksiężnika z Krainy Oz autorstwa L. Franka Bauma. Bardzo lubiłam tę książkę za dzieciaka i rozczarowało mnie, że inspiracja jest NAPRAWDĘ MOCNO luźna.
Trzecią Wojnę Światową przeżyło tylko 40% ludzkości, żadne państwo nie przetrwało, a te nowopowstałe wciąż walczą miedzy sobą. Istnieje legenda, że gdzieś tam jakaś grupa geniuszy zbudowała wspaniałe, bezpieczne i pełne szczęścia miasto - oczywiście nasi bohaterowie się do niego wybiorą i oczywiście, że okaże się ono wcale nie być tak wspaniałym rajem.
To adaptacja mangi dla bab, więc wszyscy są śliczni i romantyczni, mamy też trochę filozoficznych rozważań nad naturą sztucznych ludzi i co to naprawdę znaczy żyć, z lekką dokładką dysforii płciowej. Bohaterka jest głupia, ale chłopcy ją zawsze uratują, no i pod koniec pierwszego z dwóch odcinków pojawia się cool fajny żołnierz z wąsem, kitką i w ciemnych okularach, żadna nie może mu się oprzeć!
Gdyby nie tytuł i obietnica nawiązań, być może oceniłabym ten tytuł lepiej, bo nie oczekiwałabym czegokolwiek z ulubionej książki poza motywem dziewczyny podróżującej do legendarnego miasta razem z przyjaciółmi. Oczywiście można na siłę stwierdzić, że humanistyczne rozważania cybernoidów zalatują Blaszanym Drwalem, a władca miasta okazujący się kim innym niż się zdawało - Czarnoksiężnikiem, ale to nadal mało i na siłę.

MD Geist (1986, 1996)

W odległej przyszłości ludzie skolonizowali kilka planet, między innymi Jerrę, na której od wielu lat walczą ze sobą nawzajem. Wyścig zbrojeń powoduje, że tworzą Geista - to jego imię, MD to skrót od Most Dangerous. I nie są to przechwałki - ten eksperymentalny superżołnierz jest tak niebezpieczny, że zamrażają go i wysyłają na orbitę, ale to go tylko trochę spowalnia. W końcu wraca i robi to, co lubi najbardziej i w czym jest najlepszy: zabija, morduje, niszczy.
Mąż obejrzał pierwszego Geista dawno temu, z niemieckim dubbingiem (nie zna niemieckiego). Ja obejrzałam podobno poprawiający ciągłość fabularną Director's Cut, z dobrym tłumaczeniem. Obie wersje mają jednak tyle samo sensu. To anime ogląda się tylko i wyłącznie dla przemocy - Geist jest na niej tak skupiony, że nawet odrzuca zaloty fajnej laski, chcąc od niej tylko informacji. Flaczki, trupy i zniszczenie, a w nakręconym dziesięć lat później sequelu jeszcze więcej przemocy. Nie, sequel też nie ma sensu.
Projekty zbroi i maszyn są całkiem przyjemne, no i sam Geist wygląda w porządku, ale jego powiedzmy że charakter jest zupełnie nieapetyczny.

Bakuen Campus Guardress (1994)

Złe demony chcą otworzyć bramę do naszego świata, w tym celu muszą ubić wymoczkowatego nastolatka Takumiego. Chłopca broni narwana, agresywna i absolutnie w nim zakochana siostra, Hazumi. Oczywiście tak naprawdę nie są spokrewnieni, ale on o tym nie wie, a ona przeżywa jego niewiedzę przez połowę swojego czasu ekranowego - drugą połowę rywalizuje z matką, menedżerką klubu koszykarskiego do którego chłopak należy i każdą inną istniejącą kobietą. Tak, to jedno z tych anime, gdzie miłość jest najważniejsza i przezwycięża wszystko, ale tak naprawdę to tylko synonim napalenia niczym u kotki w rui, tu w wariancie kazirodczym.
Na szczęście humor i postaci drugoplanowe ratują te cztery odcinki od katastrofy. Podobało mi się, jak walka z demonami doszczętnie niszczy szkołę, ale egzaminy trzeba pisać, więc następnego dnia wszyscy siedzą w ruinach klasy, w pełnym słońcu. Sama Hazumi gdy wchodzi w interakcję z kimkolwiek kto nie jest braciszkiem również bywa zabawna, na przykład gdy wkręca absolutnie poważnego i morderczego szefa demonów w swoje wygłupy. Jedyną postacią zupełnie pozbawioną jakichkolwiek dobrych momentów jest Takumi - to tylko przedmiot, o który wszyscy walczą, jedni próbując zniszczyć, inni będąc nim zachwyconymi. Dość odważne odwrócenie tradycyjnych ról płciowych, ale za mało, żeby zainteresować.
Koledzy ze szkoły, demony i nawet matka bohaterki są zabawni i interesująco zaprojektowani. Mamy jednego zboczka, który ciągle wsadza głowę dziewczynom pod spódniczkę i teleportuje się poza kadrem, drugiego z kendamą i złośliwymi hasełkami, a gdy przychodzi do inwazji na miasto, okazuje się, że wszyscy w okolicy mają unikalne style walki i na przykład sprzedawca pornuchów używa specjalnych, ostrych kart z gołymi paniami. Tła i projekty postaci są bardzo ładne, podobało mi się również, jak czasem rysunek niektórych postaci stawał się bardzo realistyczny, ale nadal atrakcyjny - jak w przypadku głównej, seksownej demonicy. Trochę szkoda, że jakość obrazu nie była lepsza, ale tak to bywa ze starociami, przywykłam.
Zapisz

Podobne:

0 komentarzy