Anime jesień 2017 - Pierwsze Wrażenia

Tak, w końcu znalazłam czas, żeby rzucić okiem na jakieś dwadzieścia z czterdziestu nowych anime w tym sezonie. Poniżej piszę o ośmiu. Z...


Tak, w końcu znalazłam czas, żeby rzucić okiem na jakieś dwadzieścia z czterdziestu nowych anime w tym sezonie. Poniżej piszę o ośmiu. Zasady takie jak zwykle - oglądam aż towarzysząca mi osoba nie może wytrzymać bólu i cierpienia; wtedy przełączam na następne. Warto mieć takie towarzystwo kogoś z gustem, doświadczeniem życiowym i godnością osobistą - ja bowiem cierpię na deficyt wszystkich trzech.

Infini-T Force

Tak jak się spodziewałam, CG w tej serii stoi na zupełnie innym poziomie niż zazwyczaj w anime. Przy czym to nadal nie jest poziom dotychczasowych filmów nad którymi studio Digital Frontier pracowało - ale to zrozumiałe, godzinę filmu łatwiej dopieścić niż pięć godzin na mniejszy ekran. Za to, niestety, ciężko było się wciągnąć w coś, gdzie nikogo nie znam - a gdzie wiele ujęć i dialogów sprawia wrażenie, że mam to już skądś kojarzyć. Tymczasem w trakcie emisji Załogi G w Polsce moi rodzice się jeszcze nawet nie znali, a Teknomana widziałam tylko kilka odcinków ze środka, dawno temu (i były super, kiedyś obejrzę jeszcze raz, od początku). Więc kiedy dotarłam do sceny, gdzie piękny, modny chłopiec gra w kręgle z tańszą wersją Davida Bowie, przestałam uważać, przestałam reagować. Zwłaszcza, gdy David Bowie oszukał i jakimś magicznym wiatrem zbił dwa kręgle co nie dał rady kulą. Takich oszukistów to ja oglądać nie bede.

Anime-Gataris


Czyli anime o nastolatce wciągającej się w anime w nowej szkole. W moim wieku to wolałabym anime o wyciąganiu się z anime - ostatni odcinek mógłby być białą planszą, bo już nikt by go nie oglądał, wszyscy bylibyśmy wolni, szczęśliwi, biegający po kwiecistej łące... Zwłaszcza, że wszystkie anime są takie same - pierwszy dzień w nowej szkole, bohaterka budzi się z okrzykiem O NIE ZASPAŁAM, w pośpiechu łyka śniadanie albo bierze tylko jeden tost w zęby, i tak dalej i tak w kółko. A wszystko to tak kolorowe, że zęby bolą. Przynajmniej są grzybki i kotki.

Black Clover


Wiedziałam, że to ma być szonen o magicznych chłopcach, z których jeden jest Specjalny Oraz Także Wyjątkowy i zamiast normalnej, lamerskiej magii używa odwrotnej magii, bo jest takim outsiderem i ma pod górkę i musi ciężko pracować, ciężej niż przeciętny mag, tyle, że wcale nie. Wiecie, jak w Naruto czy Bleachu, że niby zupełnie przeciętny chłopiec zaczyna z samego dołu, a potem się okazuje, że jest w połowie elfem, w połowie tokarką, w połowie syreną i w połowie demonem. Ale do tego nawet nie dotarłam, bo nic nie przygotowało mnie na KATOLICKIEGO KSIĘDZA Z NIEMOWLAKAMI NA RĘKU, zakonnicę i głównego bohatera, który jako niemowlę był jeszcze może trochę uroczy dla mnie, ustatkowanej baby pod trzydziestkę, ale jako nastolatek już tylko jest brzydki, głośny i irytujący. Wyrzuciłabym z domu/10.

Boku no Kanojo ga Majime Sugiru Shobitch na Ken


Podobno nie jest takie złe jak narzekałam w zapowiedziach; podobno bohaterowie nie są tak beznadziejni, podobno seria traktuje ich jednak z szacunkiem. Szkoda, że nigdy się nie dowiem, bo to nadal szkolne romansidło z nastolatkami i haremem, jakkolwiek by tego schematu nie przebudowywali.

Dies Irae


To jest to anime o nazistach - naziści są teraz w końcu modni, a przynajmniej mówienie o nich. Niestety, zamiast stylowych lat czterdziestych niczym w pierwszym Kapitanie Ameryce, otrzymujemy jakichś jęczących japońskich nastolatków, co okładają się po mordach na dachu szkoły w krwistym zachodzie słońca, że niby dramatycznie czy co, nie wiem, te kolory są bardzo bolesne. Gilotynki, czaszeczki i stylowe mundurki nazistów w czołówce nie są w stanie wymazać bólu, który sprawiają też projekty postaci - tych głównych, dosłownie każdy w tłumie w tle wygląda lepiej niż główny bohater. A potem pojawia się jego przyjaciółka i zanim zobaczymy jak brzydka jest, słyszymy już, jaka jest głośna, denerwująca i niewychowana. Jak powiedział pewien mądry człowiek: można włożyć dużo pracy w swoje anime, a można też zrobić Dies Irae.

Dynamic Chord


Megaoryginalny początek: koleś stoi na balkonie, gapi się na drzewa sakury w pełnym rozkwicie (chociaż to nie jest anime o szkole!) i narzeka, że pada. Koleś ma dwukolorowe oczy i kolorowy dres z lodem w wafelku na piersi, wiemy więc, że jest artystą. Jego myślą nieskalany wzrok pada na kolegę, który ma czerwone włosy i czerwony samochód, w którym właśnie stoi na światłach przed wyżej wspomnianym balkonem. Samochód jest kabrioletem i koleś nie zamknął w nim dachu, więc pada mu na czerwony łeb - taki szczegół, o którym dowiadujemy się po paru innych niewnoszących nic ujęciach. Na szczęście na balkon wychodzi inny czerwonowłosy chłopiec, taki w okularach przeciwsłonecznych, mimo że nie ma słońca bo pada i nie jest też ślepy, bo jako jedyny zauważa, że NIE PODNIÓSŁ DACHU W TYM DESZCZU CO ON ŚWIRUS WARIAT. Koleś ma też tłustego kota, któremu zaraz te okulary zakłada. Oglądałabym anime o kocie w okularach. Takiego o chłopcach, którzy nie rozumieją koncepcji dachu mi się nie chce. Efektu dopełnia czołówka, animowana w stylu South Parka - statyczne obrazki z lekko ruszającymi się częściami. Pewnie gdyby zamiast grać a gitarkach chodzili, to też by tak śmiesznie skakali jak Cartman - niestety, to nie anime o szkole, więc nie będzie chodzenia w czołówce.

Evil or Live


Chińska bajka, o tym, że internet robi z dzieci zombie, nie dosłowne, ale trzeba je reedukować w specjalnych placówkach. Wygląda trochę, jak rządowa propaganda, nie siedź za długo w CS:GO, drogie dziecko, myj ząbki i odrabiaj lekcje. Pierwsze sceny to nawet nie animacja, tylko ujęcia z prawdziwymi palcami na klawiaturze, tłumami ludzi i budynkami, co wzmaga jeszcze poczucie paradokumentu. A potem mój towarzysz męki wytłumaczył mi, że "evil" to anagram do "live" i zaczął bawić się pluszową świnką przebraną za pszczołę gdy mózg mi wybuchał, więc żadne z nas już nie uważało.

Garo -Vanishing Line-


Najpierw dostajemy kilka ujęć na wielkie miasto, które Totalnie Nie Jest Nowym Jorkiem, a potem walkę męskiego kolesia z paskudnym cycopotworem. Niestety, sceny akcji są nakręcone jak w nowoczesnych filmach Hollywoodzkich, wyglądają jakby operator kamery nadużywał alkoholu. Bohater jest spoko, ma fajny motor i wie jak posadzić przed sobą blondynę - tak, żeby móc trzymać twarz w jej wielkich balonach jak jedzie. Czołówka od JAM Project jak zwykle najwyższej jakości, a potem odrobina realizmu - nastoletnia bohaterka ma smartfona z pękniętym ekranem. Mnie ani nikomu z mojej rodziny jeszcze żaden nie pękł, ale widuję takie często u młodych ludzi, czy to tych, z którymi studiowałam, czy w komunikacji miejskiej. Ach, ta młodzież! Realizm jej postaci szybko się jednakowoż kończy, gdy zaczepia ją pijany mężczyzna, więc ona sobie nim rzuca o chodnik i odchodzi. Potem kolejny potwór próbuje zeżreć nastolatkę, więc fajny pan z początku wyskakuje zza węgła i go bije, w kolejnej walce ledwo widocznej zza roztrzęsionej kamery. W ten sposób dwoje bohaterów się poznaje, bo nic tak nie łączy, jak wspólne wpadnięcie do śmietnika. Razem idą coś przegryźć, bo bieganie po ścianach wzmaga apetyt, a przy okazji pan tłumaczy dziewczynce zasady świata przedstawionego - bo wcześniej nie spotkała się z potworami, na które pan, zdaje się, regularnie poluje. Pan jest fajny, trochę jak Space Dandy, tylko nie łajza i nie ma zboczonego kota. Czy dziewczynka okaże się tak fajna jak robot-odkurzacz? Czas pokaże.

Podobne:

0 komentarzy