Dziewczyny z Ruin

Bardzo lubię krótkie historie. Trudno coś dobrze opowiedzieć na limitowanej przestrzeni, wymaga to skrótów i domyślania się - więc mam ...

Bardzo lubię krótkie historie. Trudno coś dobrze opowiedzieć na limitowanej przestrzeni, wymaga to skrótów i domyślania się - więc mam dużo więcej satysfakcji, gdy się uda. Wśród fanów mangi moje upodobanie raczej jest dość niepopularne, jednak króluje przywiązanie do postaci i chęć poznawania ich dalszych losów. Co samo w sobie nie jest złe, ale jednak potem prowadzi do takich wynaturzeń jak Dragon Ball Z czy to co się wyrabiało w Naruto przez ostatnie trzydzieści lat.

Dziewczyny z Ruin, wydane w serii Jednotomówki Waneko, zwracają uwagę głównie z powodu autorki, Nao Tsukiji - jej prace mogliście widzieć już milion razy w internetach. Zapewne rzadko kiedy podpisane, ale zawsze w tym samym charakterystycznym, barokowo-zwiewnym stylu. Tomik poza okładką i pierwszą stroną na kredowym papierze nie zawiera, niestety, kolorowych stron, mimo że wyraźnie było ich oryginalnie więcej. Na szczęście druk polskiego wydania jest na tyle dobry, że te szare przejścia tonalne widać wyraźnie - a czarno-białe strony odpowiednio kontrastują. Obawiałam się trochę o treść, fabułę, bohaterów, bo słyszałam niezbyt pochlebne rzeczy o Adekanie tej samej autorki - sparzyłam się też pod tym względem na mangach innych świetnych ilustratorek.
Manga wygląda lepiej niż moje kiepskie zdjęcia, przysięgam!
Tomik składa się z czterech historyjek. Pierwsza, tytułowe Dziewczyny z Ruin, opowiada o dwóch koleżankach z klasy próbujących sobie przypomnieć co kiedyś zaszło w tych ruinach. Opowieść jest pełna zwrotów akcji i tak jakby nie może się zdecydować czy być niepokojąca czy sentymentalna. Dostajemy jednak odpowiedzi na wszystkie pytania, konkluzję i nawet wyjaśnienie motywów, a więc pełną opowieść jak na coś tak krótkiego i zainspirowanego chęcią narysowania dziewczyny siedzącej w starym salonie fryzjerskim. Następna historyjka opowiada o starszym panu i jego halucynacjach. Dziadziuś spotyka nieprzyzwoicie ubranego chłopca i poprawia swoje życie. ponieważ wizje dziadka mają być wizualizacją muzyki, są pełne szczegółów i fantastycznych obrazów i wyglądają pięknie, ale nadal satysfakcjonowałyby mnie bardziej gdyby były w kolorze.

Kolejne dwa opowiadania są o młodych mężczyznach - zakochującym się nieudaczniku i odnoszącym sukcesy kapeluszniku. Bardzo bawi mnie, że towarzyszące im dziewczyny w obu historyjkach teoretycznie są biedne, ale nadal stać je na ekstrawaganckie przebieranki. Moją uwagę zwróciła zwłaszcza starsza siostra Dziewczyny z Szuflady, nosząca się w stylu lat 20. albo 30. (nigdy nie umiem ich odróżnić!) jakby jeszcze bardziej chciała podkreślić, że jest tą starszą. Z kolei Wzgórze Kapeluszy, mimo motywu dość podobnego do baśni o Kwiecie Paproci, ma chyba najwięcej żartów i najszczęśliwsze zakończenie ze wszystkich.
I właśnie dlatego, Drogie Dzieci, nie piszę o mangach: ich fotografowanie wychodzi mi beznadziejnie.
Choć, w zasadzie, wszystkie te historie kończą się dobrze, może nie idealnie dla samych zainteresowanych, ale jednak dają ciepło i nadzieję. Nie znalazłam tu wielkich tragedii, co najwyżej melancholię i trochę pięknych śmierci. Każdy z bohaterów musi też coś zrobić żeby zasłużyć na szczęście, pracować, podjąć inicjatywę, nawet gdy poszczęści im się w czymś, nie dostają wszystkiego za darmo. Jako fankę anime dla dzieci, niezmiernie satysfakcjonuje mnie takie przesłanie! Trochę hipokryzją zalatuje, wiem, bo sama mam niezwykle dużo szczęścia w moim własnym życiu.

Spodziewałam się ładnych obrazków, wobec treści miałam niskie oczekiwania - zdarzało mi się już kupować komiksy tylko dla obrazków, a potem ignorować dymki wypełnione bełkotem bez korekty (Undead Fairy Tales Darii Maj) i przedramatyzowane konflikty (Sunstone Stjepana Šejića), ale też zaskakiwać się piękną i satysfakcjonującą historią (Sprawiedliwość Alexa Rossa). Tutaj dostałam strawne historyjki, z humorem i goryczą, w bardzo dobrych proporcjach. Czasem jest więcej stylu niż rozsądku, przez co bohaterki dziwnie się stroją i pozują, a autorka sama przyznała, że lubi rysować ruiny, bałagan i nieład - to prawda, wychodzi jej to bardzo estetycznie. Pod obwolutą zresztą znajdują się krótkie komiksy o tym jak negocjowała publikację - i na przykład bawił ją pomysł na mangę dla dziewczyn o starszym panu i tym rozbawieniem zainteresowała i zaraziła redaktora.

Ja również miałam przy tym tomiku ubaw: humor do mnie trafiał, rysunki zachwycały, historyjki interesowały i trzymały w napięciu, a bohaterów polubiłam. Z dużą chęcią poczytam więcej tego typu krótkich opowiadań!

Podobne:

0 komentarzy