Dlaczego właściwie oglądam anime

Temat niniejszego wpisu dojrzewał we mnie przez lata. Nie odczuwam jakiejś szczególnej potrzeby wyjaśniania czy usprawiedliwiania się, nie...

Temat niniejszego wpisu dojrzewał we mnie przez lata. Nie odczuwam jakiejś szczególnej potrzeby wyjaśniania czy usprawiedliwiania się, nie uznaję też czegoś takiego jak guilty pleasure czy oglądanie/słuchanie/czytanie ironiczne. Jeśli coś mi się podoba to po prostu biorę, choćby to były piosenki Justina Biebera czy Miley Cyrus albo zabawki dla niemowląt (za to w kształcie świnki!). Ale chyba dobrze jest znać własną motywację, choćby tylko po to, żeby móc rzucić nią na odczepne. To są moje powody - każdy ma własne. Polecam zajrzenie w głąb siebie i ich sprawdzenie.


1. Słodkie zwierzątka


Wiem, co sobie teraz myślicie. "Ale SStefciu, przecież w zachodnich kreskówkach też jest mnóstwo uroczych zwierzaków?" Będziecie mieć rację, bo Pepe Pan Dziobak, Waddles z Gravity Falls czy Rufus z Kim Possible są cudni, zwłaszcza gdy się weźmie pod uwagę jak odpychające są prawdziwe golce (widziałam ostatnio w gdańskim zoo i byłam zachwycona, ale ja lubię takie ugly-cute zwierzaki), albo gdy poczytacie o biologii dziobaków.
Tyle tylko że w anime spotykam słodkie stworzonka częściej, są one zaprojektowane dla maksymalnej uroczości i często nie mają zbyt wiele innych funkcji - podczas gdy Pepe jest silnym i niezależnym tajnym agentem, maskotki towarzyszące takim bohaterkom Precure zazwyczaj mogłyby być zastąpione jakimiś nieożywionymi magicznymi przedmiotami. Zresztą na przykład w Heartcatchu czy Smile udają zabawki przed zwykłymi ludźmi.
Japończycy po prostu lubią słodkie maskotki - w końcu wynaleźli Hello Kitty i całą armię jej przyjaciół i krewnych, a każda prowincja, miasto i firma musi u nich mieć jakiś uroczy symbol.
Oczywiście chodzi o marketing, sprzedawanie maskotek i gadżetów z tymi słodziakami, kolekcjonowanie Pokemonów, Youkai i kotków. Kupno kosmetyku bo opakowanie jest w uroczym kształcie, i tylko żałuję, że ten wysyp ładnych rzeczy z Hello Kitty jest w większości na dziecięcy rozmiar. W bluzkę dla dwunastolatki się jeszcze wcisnę, ale tyłek i stopy mam już stanowczo za duże. Zostaje mi oglądanie Aggresive Retsuko, najnowszej postaci od Sanrio.

2. Nie rozumiem języka japońskiego


Myślę, że ten punkt przynajmniej podświadomie dzieli ze mną sporo mangowców. Język japoński jest obcy, egzotyczny i wszystko w nim brzmi lepiej i bardziej tajemniczo. Stąd te kłótnie Bankai kontra Rozpostarcie, stąd te wtrącenia ohajów i gozajmasów, stąd ten zachwyt nad drewnianym piszczeniem japońskiej aktorki głosowej i narzekanie na podobne piski aktorki polskiej.
Teksty piosenek dzielę na durne o wrzeszczącej herbacie, albo na zmuszające do przemyśleń - oba typy wybijają mnie z rytmu przy pracy, więc nie potrafię słuchać polskiej muzyki. Z japońską tak nie mam, bo nawet rozumiejąc te kilka słów i zwrotów których nauczyło mnie anime, nic z tego nie wyciągnę. Trochę wprawdzie frustruje gdy nie mogę podać tytułów ulubionych piosenek, ale żyjąc głównie w internecie mogę przynajmniej do nich zalinkować.
Nigdy nie zapomnę gdy kupiłam moje pierwsze anime, kinówkę Dragon Balla, na VHSie, od Planet Mangi. Miała francuski dubbing i polskiego lektora, jak serial telewizyjny, ale też oryginalną japońską czołówkę! Cha-la Head Cha-la tak bardzo mi się spodobało, że zatrzymywałam i spisywałam tekst ze słuchu, jakimś cudem go później znalazłam w internetach - był rok 2000, Google już wtedy istniało, ale ja go przecież nie znałam. Poza tekstem znalazłam też tłumaczenie i tak koszmarnie ciężko rozczarowało mnie jak głupia była ta piosenka! Dziś wydaje mi się przeciętna, a nawet dobrze pasująca (w końcu Kageyama a potem JAM Project robią muzykę na zamówienie), ale wtedy anime było Poważnym Biznesem Nie Dla Dzieci, z przemocą i seksem, nie było tu miejsca na kopanie Ziemi w twarz!

3. Egzotyka


Trochę połączone z poprzednim, ale zdecydowałam się rozbić, żeby nie było za długie. Japonia to bardzo odległy i bardzo różny od naszego kraj, jego kultura, historia i mentalność bardzo różnią się od naszych. Oczywiście - nadal wszyscy znamy klasykę amerykańskiej popkultury, jak zresztą cały świat, ale nawet nasze jej interpretacje się różnią.
Siedzę w tych bajkach na tyle długo, że od czasu do czasu dziwi mnie gdy ludzie są czymś zaskoczeni albo nawet zszokowani. Nie, nie uważam, że całość odmiennych kultur należy bezwzględnie akceptować (chociaż niby co ja mogę zrobić z takim na przykład obrzezaniem?), ale jednak trzeba mieć trochę wiedzy i wrażliwości by bez ignorancji ją interpretować i chwalić lub potępiać. Bo będzie się tymi laskami co wrzeszczały w jednym muzeum na Japonki chcące zakładać kimona na białych ludzi, albo tym łiabusem co biega z kataną, bo to najostrzejsza stal, zawijana tysiąc razy. Podobno człowiek wychowany w zachodniej kulturze nigdy nie zrozumie japońskiego ducha, ale też podobno takiemu Lafcadio Hearnowi się udało, więc może jeszcze nie wszystko stracone.
Póki co z umiarkowaną chęcią się uczę, bo czytanie książek nawet na megainteresujące tematy idzie mi opornie, a potem służę wiedzą, nawet taką podstawową, na przykład czemu pokemon Jynx wygląda jak kobieta. I w sumie nie wiem, czy nawet chcę zrozumieć - ta egzotyka i pewna tajemniczość, motywacje i uzasadnienia, które wywołują zaskoczenie czy czasem sprzeciw - to jest przecież pewien urok.

4. Seks


Tutaj krótko, ale treściwie - dziewczęta w anime są śliczne i apetyczne. Panowie są urodziwi i często chętni do zdejmowania koszulek. Dostaję również panów starszych, umięśnionych, tłuściutkich, po prostu - wszystkich typów. Dziewczyny z ogromnymi piersiami, dużymi, takimi w sam raz i kompletnie płaskie. Modne stroje lub takie totalnie wyjęte z dżerpega, drące się ciuchy (czasem nawet w nieprzyzwoitych miejscach!), lśniące, powiewające na wietrze, długie włosy.
A nawet jeśli bajka jest przeznaczona dla małych dzieci i w rolach głównych ma całkowicie aseksualnych podstawówkowiczów, to i tak gdzieś pojawi się obfitsza mamusia czy kulturystyczny Święty Mikołaj. No i masa fanartów, z dziećmi, dorosłymi, postarzonymi dziećmi, odmłodzonymi dorosłymi, antropomorfizowanymi maskotkami... Bezustanna inspiracja. I doskonałe jiggle physics.

5. Przemoc


Nie, w tym punkcie to mi w sumie nie chodzi o te słynne krew und flaki, to znaczy nie do końca. Chodzi mi o animację.
W dużym skrócie, specyficzny proces produkcji anime sprawia, że ujęcia, którymi zajmował się animator wybitny (jeśli mu się chciało) mocno się wyróżniają. Z drugiej strony, jeśli mu się nie chciało trzymać wytycznych (przeważnie bo dostawał za mało pieniążków) lub outsourcowano pracę do innego kraju (albo gdy klatki zaginęły, jak w przypadku tego słynnego tańca Morgiany z Magi) - od razu to widać. w przeciętnej serii nadal bywa sporo nietrzymających się projektów postaci ujęć, zwłaszcza w in-betweenach i na pewno wielu drażni, ale ja i w nich zauważam pewną szczególną urodę.
No i właśnie w scenach walki najczęściej to widać - to tutaj zdarzają się niesamowite, gładziuchne ujęcia, ale i tu znajdują się te nabazgrolone klatki, których nasz mózg ma w najlepszym razie nie zauważać - niestety, żyjemy w czasach gdy ludzie pauzują i łapią screeny co chwilę, a w dodatku mają za dużo czasu, więc każda setna sekundy zostanie przeanalizowana we wszystkie strony.
Narzekam troszkę bo już taką mam naturę, ale, serio, spójrzcie tylko na te śliczności w takim Kyoukai no Kanata. Nie podobała mi się ta seria, miała głupią fabułę, słabą historię i okropnych bohaterów, ale nie żałuję spędzonego z nią czasu, bo, damn, taka piękna przemoc!
Oczywiście śliczna animacja to nie tylko walki; znam całe grono intelektualistycznych koneserów sakugi, którzy nawet wolą, gdy jest wykorzystywana do przekazywania uczuć i idei. Jak w Sansha Sanyou czy Ping-pongu. Celowo podałam te dwa przykłady, bo piękna animacja nie musi oznaczać pięknych ani realistycznych rysunków. To domena deformacji, rozmazywania, rozciągania i zgniatania. Docelowo oglądanych w ruchu, nie klatka po klatce.

6. Szaleństwo


No i dochodzimy do najważniejszej i najbardziej cenionej przeze mnie rzeczy w anime. W zasadzie łączącej wszystkie poprzednie: nieskrępowane, nieprzewidywalne wariactwo. Jest to też powód dla którego tak bardzo generalnie preferuję animację, nie tylko japońską, ponad aktorstwo. Uwielbiam to, że oglądam serię o młodej pandzie czerwonej pracującej w korpo, gdzie współpracownicy ją tak wkurzają, że co wieczór idzie się wyładować growlować metal na karaoke. Albo idolki napędzane Siłą Muzyki, tak mocną, że mogą rozwalić górę. Albo to o kaligrafie z problemami i bandą wiejskich dzieciaków na głowie, inne o lekkoatletkach-lesbijkach w kosmosie, albo o małolatach w krótkich spódniczkach biegających po postapokaliptycznym Tokio. A doszłam tylko do litery C na moim MALu.
To, oczywiście, potrafi być też wadą - Bobobo-bo Bo-bobo w końcu mnie zmęczyło swoim wielopoziomowym śmieszkowaniem, w którym zapomniałam nawet, o co pierwotnie chodziło. No i te oceniające spojrzenia rodziny i przyjaciół, nie, mamo, to nie jest tylko goła baba, to metafora upadku grzesznej ludzkości! Więc no, całkowicie rozumiem, jeśli kogoś drażni, gdy nie może w Paprice odróżnić rzeczywistości od snów i halucynacji - bo to po prostu tak dobrze zrobiony film, że z założenia miesza w głowie i nie jest to nic złego. Co zresztą jest głównym powodem, dla którego wolę animację od aktorskich pierdół - narysowanie czegoś takiego to podobny wysiłek i koszt jak narysowanie zwykłego jeżdżenia samochodem nad morzem, oczywiście przy tej samej jakości. Gdy tymczasem zrobienie takiej wielkiej lalki w rzeczywistości, czy nawet komputerowe jej dorobienie do żywych aktorów jest możliwe, jasne, ale o ile więcej to wysiłku i kosztów żeby to jakoś wyglądało! Jest zresztą taki znany wywiad z Hayao Miyazakim, gdzie mówi, że nieograniczoność animacji w tym jest fajna, że może sobie na przykład narysować dziewczynkę swobodnie skaczącą po okolicznych dachach bo w sumie czemu nie.
Tu też, oczywiście, jest wada, a wada to ogromna, ukradkiem już nawet o niej wspomniałam. Nie ruszy mnie już zupełnie nic. Czasem tylko rozczaruje, jak tamto magical boys anime z różowym wombatem, gdzie powtarzali wszystkie możliwe klisze do porzygu, tylko że (podobno) mieli penisy, więc niby miało mnie to śmieszyć. Dlatego gdy ktoś pisze że OMG JAPOŃCZYCY BIORĄ PRYSZNIC PRZED KĄPIELĄ albo JANIEMOGE TA ZWARIOWANA JAPONIA ROBI ANIME O MIESIĄCACH SPERSONALIZOWANYCH JAKO ŁADNI CHŁOPCY to jestem dużo bardziej zdziwiona tą reakcją, niż jakimikolwiek robotami wychodzącymi chłopcu z czoła czy kolejnym gadającym kotem.

Ale w sumie po to oglądam anime. Bo daje mi absolutnie szalone, ślicznie wyglądające, okno do egzotycznego świata, którego nie rozumiem, ale który wypełniony jest słodkimi zwierzątkami oraz ślicznymi dziewczętami i panami.

Te sześć powodów powyżej oczywiście jest stuprocentowo moich. Możecie się z nimi nie zgadzać, możecie mieć zupełnie inne powody, możecie mieć własną kolejność, możecie nawet w ogóle nie lubić i nie oglądać anime (chociaż co byście wtedy tu robili?) - i nic z tego nie będzie bardziej czy mniej prawdziwe i właściwe. Tak długo, jak macie z tego przyjemność, naukę czy inne pozytywy, których i tak swoim małym móżdżkiem nie ogarnę. Na zdrowie!

Podobne:

0 komentarzy