Cotygodniowy biuletyn kulturowy #11

 Typowa Natalka - udało mi się raz opublikować "cotygodniowy" biuletyn raz faktycznie w tygodniowym odstępie, więc spoczęłam na...

 Typowa Natalka - udało mi się raz opublikować "cotygodniowy" biuletyn raz faktycznie w tygodniowym odstępie, więc spoczęłam na laurach na jakiś kwartał. Jednakże dość już tej gnuśności! Biuletyny wracają! A jeśli podupadnę jeszcze raz, to powrócą i następny! Nie ma za łatwo!!!


Magnificon EXPO 2016

Wiadomo, że na konwenty chodzi się nie dla atrakcji, a dla znajomych - moi to brzydko pachnące leniuszki, więc zamiast wiecznie ich zapraszać na Animatsuri, ruszyłam cztery litery do Krakowa. I bawiłam się wyśmienicie, lepiej niż w zeszłym roku w Warszawie, bo właśnie dużo znajomkowych śmieszków było. Znów, oczywiście, nie zaliczyłam za dużo atrakcji, bo tylko kawałek wiedzówki o Jojo, za to nakupiłam mnóstwo pierdółek - artbook z UtaPri okazał się chińskim bootlegiem, nawet z dołączoną płytą z drugim i trzecim sezonem anime z chińskimi hardsubami! Najbardziej jednak cieszę się z maskotki Cure Happy ze Smile Precure (PRECUROWY MERCH NA POLSKIM KONWENCIE!!!) oraz ślicznych prac Otajka, w tym oryginał tego Usoppa którego mi kiedyś machnęła jak robiła requesty, Otai taka zdolna i dobra, aż czasem żałuję, że nie lubię sportówek o chłopcach - bo gdybym lubiła, to doceniałabym jej prace bardziej.
Poza Otajkiem spotkałam starą znajomą jeszcze z czasów szkolnych, ciućmoków z Twittera (jeden nawet wrzucił focię - ja to ta druga od prawej, w koszulce z Okami), oraz nawet poznałam parę osób, a także targałam cosplayowy łeb tego szkieletowego chłopca z Undertale. Jak już wspomniałam, nie pokorzystałam z atrakcji, więc o organizacji wiem mało, ale wydawała mi się porównywalna z Animatsurami. Te same panele co zawsze w kółko od kilkunastu lat, nawet prowadzący ci sami co zawsze - do tego stopnia, że Aldar znów biegał w tej samej Shinsengumowej kurtałce co rok temu. Cosplaye lepszej jakości niż 10 lat temu, za to brak projekcji anime i copyroomów, w miarę czysto i luźniej niż się przyzwyczaiłam, bo jednak hala expo pośrodku niczego to co innego niż szkoła. Fajnie, że sleeproomy wywalono do innego budynku, że wystawcy byli na sporej hali - ale nadal ludzie rozkładali się ze śpiworami na konplejsie, a koncerty odbywały w tej samej hali, tylko za kilkoma wcale nie wygłuszającymi szmatami.
Za to odniosłam wrażenie, że stoiska były lepsze - znów pojawił się łódzki GameOver oraz dziewczyna sprzedająca plastikowe i gumowe pierdółki u której zawsze wydaję najwięcej. Nawet pamiętała mnie z zeszłego roku!~ Poza tym jednak było sporo artystów - z gadżetami rysunkowymi i commishami, z szydełkowanymi i szytymi cudami, generalnie - sporo original contentu. Oczywiście stoiska z wydrukami obrazków z internetu na kubkach czy plakatach też były, ale tego się nie da pozbyć już chyba.
Teraz tylko kminię czy warto w ogóle iść na tegoroczne Animatsuri - będzie ktoś? Ktoś fajny?

The Musketeers

Kultura serialowa również o mnie się w końcu upomniała i obejrzeliśmy z mężem na Netfliksie pierwszy sezon tych słynnych Muszkieterów od BBC. Jestem bardzo wybredna jeśli chodzi o ekranizacje tej konkretnej książki, bo do szału mnie doprowadza absolutnie nietrafiona charakteryzacja w każdej kolejnej. Niby co miałby Richelieu zyskać poprzez zamordowanie/skrzywdzenie króla?! Dlatego przez długi czas moją ulubioną ruchomą wersję była Barbie i Trzy Muszkieterki - tam zły wuj księcia nastający na jego życie żeby zgarnąć tron miał już sens. Ulubioną adaptacją z kolei pozostaje D'Artagnan: Dziennik Kadeta, komiks wydany parę lat temu przez Taurusa. Wreszcie d'Artagnan jest żenującym wiejskim głupkiem a nie dzielnym i prawym bohaterem, a Aramis - pełnym hipokryzji bucem! Jak należy! Komiks jest też absolutnie genialny pod względem kadrowania i innych takich komiksowo-technicznych zagadnień.
Tymczasem Muszkieterowie to totalny fanfik, w dodatku przedramatyzowany - w oryginale d'Artagnan zapoznał się z Atosem, Portosem i Aramisem w totalnie głupawy i zabawny sposób, tutaj - mamy MORDERSTWO. Seria od czasu do czasu popada w schemat, na przykład co odcinek któryś z głównych bohaterów spotyka fajną panią, żeby na koniec nie móc z nią być, bo cośtam. Ale mnie totalnie nie obchodzi odchodzenie od ~fabuły~ gdy charakteryzacja taka dobra! Oczywiście nadal wszyscy są trochę bardziej heroiczni i działają według dzisiejszego systemu moralnego - więc, na przykład, przyznają wprawdzie, że niewolnictwo jest legalne, ale wszyscy się nim brzydzą. Nadal za to nie ma służących ani ojca Józefa, ale do tego się przyzwyczaiłam, że oni zawsze wylatują żeby można było ich funkcje i rozwój oddać innym, ważniejszym postaciom - więc, na przykład, mąż Konstancji został odmłodzony i pojawia się częściej i nawet odzywa! Takie rzeczy!
Podobno od drugiego sezonu serial się psuje, ale ja się tego nie dowiem, bo mąż stracił chęć oglądania gdy mu zaspoilowałam książkę, bo nie chciałam żeby stracił ewidentne nawiązanie. Taka to już z nas patologiczna rodzina.

Space Patrol Luluco


Kolejne śmieszki heheszki od studia Trigger! Tym razem bez tych przeklętych wycinanek, a przynajmniej z maleńką i nieźle wkomponowaną ich ilością. Jest to historia Zwykłej Dziewczynki z niezwykłego miasta pełnego kosmitów i jej Pierwszej Miłości. Jak to u Triggera, wszystko jest szalone i nieprzewidywalne, ale przynajmniej wreszcie pastelowe i sympatyczne, ma też faktyczną i w miarę wewnętrznie logiczną fabułę z rzeczywistą konkluzją. Jest tu pełno nawiązań albo wprost odwiedzin u innych dzieł Triggera, pojawia się nawet aluzja do emitowanego w tym samym czasie Kiznaivera. Brakuje tylko jednego z ich znaczących dzieł - mojego ulubionego, Ninja Slayera! Do kroćset! Końcówka za to zapowiada serię telewizyjną Little Witch Academia, jeśli byłaby emitowana w robiącym sobie przerwę w letnim sezonie paśmie Ultra Super Anime Time (osobna notka o nim się tworzy!) to jestem za!

Blask Księżyca

Udało mi się wreszcie wymęczyć tę durną książkę! Cały czas miałam wrażenie, że czytam średniego fanfika do jakiegoś anime, którego nie oglądałam. Kiedy pierwszy raz dorwałam się do internetów na dłużej, za czasów gimnazjum, właśnie tak spędzałam czas: przysysałam się do jakiejś fanowskiej strony publikującej ficzki i czytałam, nawet takie ewidentnie żenujące self-inserty w rodzaju TASUKI NA MOJEJ TAPECIE MRUGNĄŁ I WYSZEDŁ Z KOMPUTERA albo NAGLE WPADŁAM W RAMIONA PICCOLO I OKAZAŁAM SIĘ KSIĘŻNICZKĄ SAJANÓW. A ponieważ dostęp do samych anime czy mang wymagały pewnego obejścia i wiedzy (nie, drogie dzieci, wtedy nie było szindena), sporo wtedy popularnych anime znałam tylko poprzez te fiki i spoilery w Kawaii.
Blask Księżyca nie jest najgorszym co w życiu przeczytałam. To nawet gorzej - jest po prostu nijaki. Jest wypełniony kliszami, a absolutny brak sensownej fabuły nawet by mi nie przeszkadzał, gdyby bohaterowie byli interesujący - ale to też banda irytujących i odpychających gówniarzy, nawet ci pełnoletni. Przynajmniej wydanie od Kotori jest niezłe, przyjemnie leży w ręku, zdarzyło się trochę literówek (w tym jedna w spisie treści, ups), ale czytało się dość sprawnie, nawet pomimo że NIKT TAK NIE MÓWI - bo do tego mnie już po prostu też anime przyzwyczaiły. No i ten jeden tom to zamknięta całość, to też plus w czasach, gdy serie ciągną się w nieskończoność. Absolutnie nikomu tego nie polecę, ale nie męczyłam się też jakoś szczególnie.

Tayu Tayu

No elo, drugi hentaj od tego słynnego Yumegari, rysowany przez tego samego kolesia co ich pornodebiut, Witchcraft. Mam mieszane uczucia - tu jest więcej dziewczyn i są ładniejsze, nie ma też żadnych wątków fantastycznych, ale z drugiej strony - fabuła. Tak, wiem, fabuła w hentajach, co ty głupia babo wydziwiasz i takie tam. Ale, wiecie, nie lubię niepotrzebnej dramy i przemocy psychicznej. A tutaj jest jej sporo, tylko po to, żeby był pretekst do seksów. Więc mamy ranienie uczuć bohaterki przez wszystkich tylko dlatego, że można, wygwałcenie jej z głowy niechęci do dręczących i "szczęśliwe zakończenie" z haremem wiejskich dziołch o ciałach modelek, bo a czemu nie. Przy czym główny bohater to skończony idiota, jak ja bohatera haremówki przystało. Nikt nie zostaje ukarany za bycie dupkiem, wręcz przeciwnie, taka postawa jest nagrodzona. Pozostaje mi ostry niesmak po tym wszystkim; stanowczo wolałabym z tym konkretnym materiałem zapoznać się bez tłumaczenia, bo wtedy cała drama i znęcanie się by mnie ominęły, a rysunki byłyby tak samo ładne nawet podpisane krzaczkami. Dlatego dużo bardziej jednak wolałam Witchcrafta, bo tam było dużo dobrej i głupawej zabawy, a osoba, która krzywdziła innych dostała swoją karę. Dlatego też jednak nie sięgnę po ekranizację Tayu Tayu.

Date Masamune

Zaczęłam tu opisywać moje wrażenia po Dziewczynach z Ruin, ale mi się rozrosły, to osobną notkę zrobię. Uważajcie co piszecie, dzieci!
Date Masamune to ośmiotomowa manga biograficzna, rysowana przez Mitsuteru Yokoyamę, znanego z Giant Robo i Tetsujin 28; ja jego twórczością zainteresowałam się poprzez zaadaptowaną kiedyś na anime historyczną mangę o czasach chińskich Trzech Królestw. Scenariusz do Date Masamune pisał zmarły w latach 70 Souhachi Yamaoka, którego twórczość posłużyła jako scenariusze do jeszcze kilku innych mang historycznych opublikowanych w latach 80. Trochę to pogmatwane, ale stawiam na to, że facet był po prostu historykiem, którego pracę Yokoyama adaptował.
Date Masamune bowiem jest suchą, historyczną monografią, podaną w nieco atrakcyjniejszej formie komiksu. Trochę jak te edukacyjne paździerze na zamówienie różnych instytucji kulturalnych, których naczytałam się sporo we wczesnych latach dwutysięcznych. Nie przeszkadza mi to, bardzo lubię monografie, a konserwatywny i czysty styl rysunku dużo lepiej czytało się na Kindlu niż skanlacje współczesnych mang. Tak, oczywiście, że spiraciłam skany, w końcu nie ma co liczyć, żeby jakiekolwiek polsko- lub nawet anglojęzyczne wydawnictwo zainteresowało się mangą o historii Japonii.
Ponieważ to monografia, nie ma tu faktycznej fabuły, raczej są opisy ważnych wydarzeń historycznych i próby portretowania najważniejszych postaci wpływających na Masamune. Dlatego historia może się wydawać trochę poszarpana: na przykład Masamune się żeni, potem ma kłopoty, bo żona coś nie może zajść w ciążę, a kiedy następnym razem jego rodzina jest wspomniana - to jest to w kontekście małżeństwa jednego z dzieci. No ale właśnie te momenty były historycznie ważne, a nie jakieś scenki rodzajowe.
Tyle że ten brak ciągłości i nagłe pojawianie się i znikanie nowych postaci było dla mnie problemem gdy wszyscy wyglądali tak samo. Masamune, wbrew większości fikcyjnych przedstawień, nigdy nie zasłaniał brakującego oka, tylko trzymał je jakby zmrużone, więc kiedy tylko odwrócił się lewym profilem, musiałam bardzo uważać, żeby go nie pomylić z Kojuuro albo Date Shigezane. Tak samo gdy nie nazwał żadnego z tych dwóch po imieniu, miałam problem z odróżnieniem ich nawzajem. W pewnym momencie jeden wysoko urodzony samuraj zabił samuraja z mniej ważnej rodziny i różnił ich tylko wzorek na ubraniu. Taka monografia historyczna jest na pewno lepsza i bardziej wartościowa niż notki na Wikipedii albo ze dwa akapity w książce o ogólnej historii Japonii, chociaż tłumaczenie mojej ulubionej grupy Hokuto no Gun jest momentami niechlujne i zdarzają się literówki oraz błędy faktograficzne. No ale lepiej nawet z błędami niż w ogóle, tym bardziej, że przecież za to nie płacę. Choć z chęcią bym wywaliła kasę na kontrolę jakości czy coś. Albo wręcz wersję kolorową, może wtedy dałoby się te postaci lepiej odróżnić.


KÓŁECZKO WZAJEMNEJ ADORACJI

Tak, newsów tym razem nie będzie, no bo bez przesady; może zacznę je wrzucać na blogaskowego fejsbunia żeby się aż tak szybko nie dezaktualizowały? TYMCZASEM JEDNAKŻE dobre teksty są wieczne niczym diamenty, są więc też najlepszymi przyjaciółmi dziewczyny. Tak się składa, że tych przyjaciół troszkę w ostatnich miesiącach nazbierałam!

Jakiś czas temu obejrzałam w końcu Gravity Falls - nie było tak doskonałe jak zapewniał fandom, ale podobało mi się i z chęcią polecę. Dobrą zachętą może być ten tekst Daryi z lutego. W tym samym miesiącu mój, hehe, kolega z redakcji Arigato napisał tekst o otaku, bardzo dużo informacji, a przy tym przystępny dla niewtajemniczonych, polecam. Na Kolorowych Zeszytach ukazał się też wywiad z naszym Naczelnym, który ostatnio bawi się w wydawanie normalnych komiksów. U Michiru - zdjęcia z Festiwalu Trzech Świątyń, między innymi jakuzi, jedzenie i występ teatru Noh. Z serii Japonia jest okropna - tutaj tekst o dręczeniu w szkole, tym razem jednej, konkretnej grupy - homoseksualistów.

Okazało się, że kolega z Twittera nie tylko ma prawdziwe nazwisko, ale nawet fajnie pisze (coś tam wcześniej nawet blogaskował, ale za mało) - Crunchyroll ostatnio zaczął publikować jego teksty, zaczynając od  analizy śmiesznych minek w Bungou Stray Dogs. Ja na razie zaczekam z wczytaniem się wstrzymam aż obejrzę tę serię, ale podoba mi się, że serwis ma to, czego brakuje na MALu i ANN - gdy kliknę w nazwisko autora, dostaję listę jego tekstów, więc nic nie przegapię. Artemis z kolei zrobiła subiektywną listę dobrych filmów aktorskich z Japonii, bo te złe są memetyczne, więc czasem warto obejrzeć dla odmiany coś dobrego. W komentarzach jeszcze więcej polecanek!

Podobne:

0 komentarzy