Anime wiosna 2019 - pierwsze wrażenia

Wiosną dwa lata temu byłam zmuszona zmienić pracę na bardziej stresującą i pożerającą cały mój czas. Dlatego tym razem spróbowałam innego ...


Wiosną dwa lata temu byłam zmuszona zmienić pracę na bardziej stresującą i pożerającą cały mój czas. Dlatego tym razem spróbowałam innego podejścia do nowych anime: oglądałam każdy pierwszy odcinek w całości, bez przerywania nawet na screenshoty, a potem opisywałam na gorąco swoje wrażenia na Facebooku. Poniższa notka to właśnie zbiór tego, co już się tam ukazało, zebranego i uporządkowanego, bez żadnych dodatków. Za to z pięcioma więcej anime na końcu, o których postów nie zdążyłam zamieścić wtedy.

YU-NO: A girl who chants love at the bound of this world

Główny bohater YU-NO to nawet czasem zabawny koleś z ludzkimi odruchami, flirtuje z nauczycielkami (które wyglądają jak na załączonym obrazku), martwi o żywych bliskich, choć trochę olał niedawną śmierć ojca. Animacja trochę niedomaga, zwłaszcza walking cycle kolesia, który przychodzi naszego bohatera upomnieć, żeby nie właził na budowę na której dopiero co był wypadek. Za to kolorystyka i tła zaskakująco przyjemne, projekty postaci odrobinę przefajnione, no ale to normalka w adaptacjach VN.
Oczywiście nie trafiło do mnie, ale jak na zawiązanie akcji w pierwszym odcinku poradzili sobie poprawnie.

Amazing Stranger 1/6

Amazing Stranger 1/6 całkiem sprawnie łączy 3DCG lalki z 2D tłami i ludzkim bohaterem. Projekty postaci nadal mi się nie podobają, wyglądają jak ze wczesnych lat dwutysięcznych. Głównego bohatera, odpowiednio żałosnego i obleśnego, poznajemy, gdy najpierw przez telefon tłumaczy komuś, że prawdziwi ludzie są ble i 2D dziewczyny najlepsze, a potem próbuje zdjąć swojej figurce majtki. Figurka ożywa i do niego strzela, jest trochę jak Buzz z Toy Story - ożywioną zabawką myślącą, że fabuła anime, na którego licencji ją stworzono, to prawda. Choć może i prawda, w końcu jej działa funkcjonują poprawnie.
Odcinki mają 12 minut, a ten pierwszy i tak mi się dłużył. Może gdyby bohater nie gadał tak strasznie dużo, no ale co ma robić programista-freelancer cały dzień siedzący w domu, omijający żywych ludzi i oglądający anime jak nie bezustannie nawijać do siebie. To stanowczo anime bardziej dla kolekcjonerów marzących żeby ich waifu figurki ożyły, nie dla mnie.

Kono Oto Tomare

Kono Oto Tomare kojarzy mi się trochę ze Wzgórzem Apolla: mamy szkołę średnią, a w niej wymoczkowatego pinglarza i łobuza-postrach okolicy, którzy razem będą grać na instrumentach. Tyle, że tu mamy współczesność i szkolny klub tradycyjnego japońskiego koto zamiast jazzu w piwnicy. Jest sporo dramy, ale ostatecznie chłopcy się zaprzyjaźniają. Z czołówki wiemy, że do klubu dołączy więcej dzieciaków, w tym nawet jakieś dziewczyny, za to rozczarowało mnie, że nie pokazano na razie żadnej gry na koto, nawet muzyka w tle była bardzo standardowa, a czołówka i tyłówka to typowy popik. A przecież gra na instrumentach i taniec wymagają takiej płynności, że często albo nie są pokazywane, albo robione w różnej jakości CG, ciekawi mnie, co tu wybiorą.
Na plus przyjemna kolorystyka i tsundere łobuz, ale na minus drama i nastolatki. Chyba nie chcę więcej.

Kimetsu no Yaiba

Kimetsu no Yaiba jest tak ładnym anime, że ciężko mi było wybrać jeden kadr do tego posta, niech więc będzie ten z liniami wysokiego napięcia. Nie wiem jeszcze czemu służą, bo to jedyna oznaka nowoczesności: wszystko inne tu jest bardzo tradycyjne i feudalne.
Tanjiro nie ma łatwego życia: jako najstarszy z szóstki rodzeństwa opiekował się nimi i jeszcze matką, sprzedając węgiel drzewny w mieście. Gdy pewnego ranka wrócił do domu, zastał prawie wszystkich zabitych przez demony, a jedyną ocalałą siostrę przemienioną - teraz będzie szukał sposobu, żeby odmienić ją z powrotem w człowieka. A to wszystko w klimatycznej zimie i w górach, więc można było się popisać z krajobrazami i reżyserią. Muzyka Kajiury i Shiiny Gou jest odpowiednio niepokojąca i dramatyczna gdy trzeba. 
Szkoda, że chłopiec z głową/maską świni pojawił się tylko w endingu, muszę oglądać dalej!

Midnight Occult Civil Servants

Midnight Occult Civil Servants ma ładne kolory nocnego Tokio z neonami i księżycem. Szkoda, że projekty postaci i animacja dość przeciętne. Pierwszy odcinek to zapoznanie głównego bohatera z nową pracą, polegającą na zajmowaniu się problemami z zamieszkującymi miasto istotami nadprzyrodzonymi. Trochę nie rozumiem, że najpierw w ogóle ich nie dostrzegał, ale trochę magicznego spreju mającego mu pomóc zobaczyć wróżkę w krzakach i rozpylonego bezpośrednio na nią i nagle widzi już i inne wróżki i wielkiego cù-sìtha?
Konflikt zamieszkujących park aniołów z tengu dłużył mi się, a to, ile bohaterowi zajęło zorientowanie się, że jest jedynym rozumiejącym ich język - irytowało. Tak, jest nowy w tej robocie, ale bardzo wyjątkowy, bo rozumie co mówią, podczas gdy dla jego kolegów po fachu są jak psy lub koty. Chyba nawet mniej, bo pies nie robi ludzkich min ani gestów, gdy tymczasem unoszący ręce i wyraźnie przepraszający tengu zostaje uznany za agresora.
W następnym odcinku nekomata, więc trochę mnie kusi kontynuować, ale tylko dlatego bo nekomaty są spokodobre.

Sewayaki Kitsune no Senko-san

Doga Kobo znów dostarczyło nam słodyczy - tym razem w wydaniu spełniającym marzenia. I to tak bardzo, że po napisach końcowych jest krótki segment gdy Senko mówi wprost do widza, jak w tych creepy anime z perspektywy pierwszej osoby. Dobrze, że to takie krótkie, no i że jest taka urocza!
A samo anime opowiada o zwykłym przemęczonym, przepracowanym, samotnym pracowniku biurowym, który czuje się coraz gorzej w życiu, jakie prowadzi (nadgodziny, kawa, odgrzewane posiłki z marketu), ale nic w nim nie zmienia. Z pomocą przybywa więc osiemsetletnia boginka w ciele dziecka, gotująca pyszną kolację i obiecująca go rozpieszczać. Scena macania jej ogona, przedstawiona jak molestowanie była trochę niesmaczna, ale jak na ostatnie wyczyny tego studia to tylko trochę. Poza tym mamy samą słodycz, jak czołówka będąca piosenką o mięciutkości i napisy końcowe podczas których Senko przez sen rapuje o tym, jak będzie rozpieszczać bohatera.
Wiemy już, że się spotkali, gdy on był małym chłopcem, zresztą to niejedyne skojarzenie z ukochaną babcią (która zmarła 8 lat temu), jakie ta sytuacja u niego przywołuje. Senko używa archaicznego języka i jest poprawną panią domu, skupioną na witaniu i dogadzaniu mężczyźnie, jedyny raz gdy się sprzeciwia to gdy ten chce znów macać ogon - a i wtedy nie zabrania mu, tylko nakłada limit, raz dziennie.
To bardzo miłe i relaksujące anime, ale mało tu czegokolwiek co może zostać zapamiętane za rok czy kilka lat. Do odprężenia i nic więcej.

Joshi Kausei

Joshikausei ma trzy minuty i nikt tu nic nie mówi, wydają za to dźwięki: piski, wzdychanie, tupanie, klapanie udami koleżanki jednym o drugie, i tak dalej. Chyba chcieli nam w tym odcinku przedstawić bohaterki, więc mamy tę co śpi z rozwaronymi girami na ławkach w pustej klasie, tę przyjaźnie dręczoną przez tę pierwszą i okularnicę co lubi rytm, czy coś takiego? Puenta odcinka chyba miała być takim niewinnym a jednocześnie pikantnym żarcikiem, ale Kyou no Asuka Show zrobiło to lepiej dawno temu. No i dziewczyny są brzydkie, a to już niewybaczalne w serii o dziewczynach!

Araiya-san!: Ore to Aitsu ga Onnayu de!?

O Araiya-san nie pisałam w moich blogaskowych zapowiedziach, bo to po prostu krótkie porno o chłopcu myjącym atrakcyjną koleżankę z klasy w zastępstwie prowadzącego łaźnię ojca. Ojciec prosi go o chwilową pomoc gdy coś mu strzela w krzyżu i zabrania robić jakichkolwiek nieprzyzwoitych rzeczy, ale jak tu się oprzeć, gdy możemy bezkarnie pomolestować koleżankę, która była niemiła i nas nie rozpoznaje? Innych dziewczyn w ogóle nie rusza, gdy ten miętoli jej cycki i wkłada paluchy, jedna nawet zgłasza się jako następna.
Z tego co rozumiem, obejrzałam wersję nieocenzurowaną, sześciominutową z mozaiką i wszystkim, a wersja telewizyjna jest trzyminutowa i obcina scenę molestowania. Dziewczyny faktycznie ładne, więc jeśli ktoś ma chętkę to polecam, fansuberzy się postarali i nawet dali suby Comic Sansem.

Midara na Ao-chan wa Benkyou ga Dekinai

Ao-chan Can't Study to szkolne romansidło o dwunastominutowych odcinkach. Główna bohaterka ma nieznośnego, zdziecinniałego, zboczonego ojca, którego się bardzo wstydzi - jest on znanym autorem erotycznych książek, tak bardzo dumnym ze swojej pracy, że nawet własne dziecko nazwał po jakichś ekscesach, a gdy chce jej pomoc w poderwaniu chłopca to, na przykład, wędką zadziera jej bluzkę, żeby pokazać chłopcu cycki.
Chłopiec jest miły, lubiany i ładny, reaguje bardzo poprawnie. W ogóle podobało mi się, że gdy Ao wpadła na niego przez przypadek z cyckami, to nikt nie dostał z plaskacza - choć przecież kilkukrotnie deklarowała nienawiść do wszystkich mężczyzn, którzy są tylko napalonymi zwierzętami. Chyba też go lubi, ale nie zdaje sobie z tego sprawy, jest zbyt skupiona na nauce, żeby wyrwać się spod opresyjnych skrzydeł ojca. Bardzo podoba mi się, jak życiowo korzysta z trackujących to wszystko appek na smartfonie.
Czołówka też mi się podoba, kolorowa, energicznie przedstawiająca wpływ takiego wychowania na Ao i jej próbę ucieczki, z przyjemną piosenką. 
Gdyby miało pełne odcinki to by mi się pewnie dłużyło, ale tak to może nawet będę oglądać!

Namu Amida Butsu! -Rendai Utena-

Gdzieś w Japonii, pewnie w Tokio, jest świątynia, w której rezydują prawdziwi buddowie - są ślicznymi chłopcami w przekombinowanych strojach i fryzurach, ale ludziom ukazują się jako zwykli mnisi czy nawet dzieci, gdy zajdzie taka potrzeba. Pewnego dnia jeden z nich wyjeżdża na urlop, więc z niebios przybywa dwóch nowych. Poznajemy ich w cool scenie walki z wadą, która opanowała rozczarowanego człowieka i zamieniła go w potwora. Potem jednak wychodzi na jaw, że takie rzeczy zdarzają się bardzo rzadko, więc buddowie w świątyni przeważnie siedzą na tyłkach i się relaksują. Obaj nowoprzybyli dawno nie byli na ziemi, więc dziwią się wszystkiemu: pralkom, supermarketom, mrożonkom... Na samiuśkim końcu odcinka mamy sugestię, że jednak jakaś większa walka ich czeka, ale na razie cały odcinek jest o siedzeniu w dresie, dojeniu krów i kradnięciu sobie nawzajem truskawek.
Chłopcy są śliczni i kolorowi, są też dwa słodziuchne zwierzaki-maskotki (choć jeden już ukazał swoją humanoidalną wersję), a ta odrobina filozofii, że każdy człowiek dźwiga brzemię swoich wad i że potrafimy się od nich sami uwolnić była zaskakująco mi potrzebnym kawałkiem nadziei po wyczerpującym poniedziałku.

We never learn

We Never Learn ma bardzo ładną czołówkę i sympatyczną tyłówkę, a w środku sporo zabawnych min. Niestety, w pierwszym odcinku nie pojawia się jeszcze najlepsza dziewczyna - ta pływająca, która prawdopodobnie będzie strasznym głupkiem (bo wszyscy sportowcy to tępaki, nieprawdaż). Tutaj poznajemy tylko charakter i motywacje głównego bohatera i obu głównych dziewczyn. On jest ze strasznej biedy - ojciec umarł, matka zajmuje się nim i jeszcze trójką młodszego rodzeństwa, więc dość przeciętny intelektualnie chłopiec wkłada mnóstwo wysiłku, żeby mieć najlepsze stopnie i wygrać udział w specjalnym programie, który zapewni mu za darmoszkę dobre studia. Obietnicą spełnienia tego marzenia dyrektor przekupuje go do dawania korepetycji dwóm popularnym geniuszkom: wrażliwej znawczyni literatury i socjopatycznej matematyczce - obie są cienkie w przedmiocie tej drugiej, ale obie chcą iść na związane z nim studia. Jest trochę wygłupów i dużo pracy (poza kadrem), ale w końcu dziewczyny się otwierają i wychodzi na to, że nie wybrały przyszłych studiów na złość innym ani nic: literatka chce studiować astronomię bo lubi gwiazdy, a socjopatka chce zrozumieć ludzi, więc wybiera się na psychologię.
Wszystkie postaci są tu bardzo papierowe i schematyczne, nawet jest typowa młodsza siostra zazdrosna, że brat pachnie dziewczyną, oraz dwóch kumpli, którzy przecież wcale się z tym myślącym tylko o ocenach kolesiem nie kumplują. 
Sympatyczne i propsy za pokazanie w jasny sposób o czym to jest i co chcą osiągnąć, dzięki czemu już wiem, że to nie dla mnie. No ale nigdy nie sądziłam, że będzie inaczej.

Yatogame-chan Kansatsu Nikki

Yatogame-chan Kansatsu Nikki to trzyminutowa komedia o chłopcu ze stolicy, który przeprowadził się na prowincję, spotkał tam rok młodszą dziewczynę i teraz się naśmiewa z jej wieśniackiego akcentu. Dziewczyna dodatkowo ma fryzurę jak kocie uszy i kocie manieryzmy, z czego chłopiec też sobie kpi. Nie popieram przemocy wobec głównych bohaterów, ale ten sobie trochę zasłużył.

RobiHachi

Oceniam anime po pierwszym odcinku nie tylko z braku czasu, ale również szacunku do samej siebie. Jeśli twórcy nie starają się przykuć mojej uwagi w te prawie pół godziny, które im daję, to czemu ja miałabym podjąć jakikolwiek wysiłek dla nich?
Na szczęście RobiHachi zaczyna się porządnie, od sceny pościgu Robby'ego za złodziejem zwiewającym z jego torbą. Możemy rzucić okiem na kolorowe miasto przyszłości z latającymi samochodami i wycieczką kosmitów oraz być świadkami niesamowitego pecha i przegrywu życiowego głównego bohatera. A na koniec, gdy wszystko wydaje się stracone, wchodzi Hacchi, bardzo grzeczny i zdolny chłopiec, zwraca Robby'emu torbę i złodzieja, przyjmuje obiad w ramach podziękowań i obaj panowie idą w swoją stronę.
Dalej wszystko zwalnia, mamy dużo ładnych widoków i min, interesujących, ale też nie jakoś przesadzonych projektów pojazdów, budynków i postaci w tle, oraz trochę wyjaśnień, bo Robby ma słodkiego i sarkastycznego króliczka-robota w domu, z którym rozmawia o świecie przedstawionym i swoim życiu. A potem rollercoaster znów wjeżdża na górę, z szaloną ucieczką w kosmos i zakończeniem odcinka na transformacji wielkiego robota FUCK YEAH
Fabuła jest pretekstowa, żarty czasem trafiają a czasem nie, ale główną siłą tego anime, wyeksponowaną przecież już przez sam tytuł, są bohaterowie. Nie mogłam się nie uśmiechać gdy Hacchi zachwycał się nieprzewidywalnym, szalonym spontanem Robby'ego, ani gdy pojawił się Groźny Mafiozo Bez Gustu.
Porównanie ze Space Dandy jak najbardziej na miejscu, choć mi kojarzy się trochę bardziej z Samurai Flamenco. Nie obrażę się nawet, gdy pójdzie własną drogą!

Gunjou no Magmel

A gdyby nagle na Pacyfiku pojawił się nowy kontynent, to co by się działo? No jak to co, PRZEMOC.
Magmel to niezbadane i meganiebezpieczne miejsce, nic więc dziwnego, że przyciąga tłumy żądnych chwały i bogactwa eksploratorów. Którzy potem umierają w cierpieniach. Zresztą to anime nie będzie o nich, bo mogliby być zbyt sympatyczni.
Nie, to anime będzie o leniwym dupku z megaosomsupermocami, które pozwalają mu bez wysiłku pokonać każdą bestię i złego człowieka. Dupek pracuje jako ratownik tych, którym eksploracja nie wyszła, a raczej pracowałby, gdyby mu się chciało - bo poznajemy go gdy jest całkowicie pogodzony z tym, że jutro odetną prąd za niepłacenie rachunków. Na szczęście gra większego dupka niż jest i, nie dając po sobie poznać, wzrusza się historią schorowanego chłopca i przyjmuje jego zlecenie na ratowanie braciszka. Dopiero gdy chłopiec obieca mu kasę z ubezpieczenia po swojej śmierci, oczywiście.
Tła i designy są okej, ale animacja paskudna, najlepiej wyglądają te promienie supermocy głównego dupka. Same postacie rozjeżdżają się co chwilę, zwłaszcza w oddaleniu i w ruchu. Widać zwłaszcza, że główny dupek i jego loli służąca pojawią się w następnych odcinkach bo są staranniej zaprojektowani i czasami lepiej rysowani - reszta jest totalnie na odwal. Nawet gore z rozwalania potworów, którego się spodziewałam dużo, to dosłownie to jedno ujęcie z trailera - reszta jest ocenzurowana odpowiednimi ujęciami lub w ogóle brakiem krwi i wnętrzności w robalach.
Szkoda czasu.

Fruits Basket

Nowy Fruits Basket to praktycznie to samo, tylko w uwspółcześnionym stylu. Nic dziwnego, skoro tym razem zekranizowana ma zostać cała manga - muszą więc być wierni jak tylko się da. Trochę tęsknię za prostszym stylem i akwarelowymi tłami poprzedniej wersji, ale i ta jest ładna oraz odpowiednio melodramatyczna. Przyjemnie było zobaczyć nowe wersje znanych scen, ale nie chce mi się oglądać tego samego anime, może przeskoczę do odcinków z nowym materiałem.
A może już jestem za stara na dramaty dla nastolatek - choć w tym przypadku wiem przecież, że interesujących dorosłych też nie braknie.

Carole & Tuesday

Oglądajcie przepiękne Carole & Tuesday gdy tylko pojawi się na Netflix za kilka miesięcy!
Wielu narzeka, że zlicencjonowane przez nich anime są dostępne na bieżąco tylko pod postacią różnej jakości fansubów, ale mi akurat podoba się, że za jakiś czas całość może zostać zauważona nawet przez ludzi niekoniecznie orientujących się w anime i że będzie można wszystko zobaczyć we własnym tempie, więc odpadnie to napięcie i niepewność.
Tutaj przynajmniej wiemy, że dziewczynom się uda, bo odcinek od tego się zaczyna: dwie dziewczyny dokonały cudu, który przejdzie do historii całej planety (Marsa, bo jesteśmy w przyszłości), a oto ich wspólna droga. Nie wiemy dokładnie co zrobią, ale raczej będzie związane z muzyką, bo muzyka jest całym ich życiem. W świecie przyszłości, gdzie bardzo wiele zależy od robotów i AI, nikt ich nie rozumie, cierpią z samotności i dopiero gdy na siebie wpadają, odkrywają, że mogą wszystko. 
Jestem stara i cyniczna i trochę mnie uwiera, że Tuesday zwiała z bogatego domu a potem ją okradli, a Carole wywalili z pracy za niesubordynację (miała czelność zwrócić uwagę klientowi, że to fast food, nie burdel!), więc z czego teraz będą się utrzymywać? Ale to może też dlatego, że ja nie mam żadnego talentu, jestem wygodnicka i bardzo lubię brać prysznic. Marzącym nastolatkom tak bardzo to chyba nie przeszkadza.
Świat przedstawiony jest śliczny, ale i okrutny. Interesująco zawiązano wątek modelki, która też chce zostać piosenkarką, ma za sobą bogactwo i wsparcie najlepszych w branży, ale pragnie sławy, nie przekazania innym co ma w zepsutym sercu.

One Punch Man 2

Zbyt dużo osób skupiło się na tym, że drugi sezon One Punch Mana wygląda słabiej niż pierwszy, że nawet nie dało mu szansy. A szkoda, bo nadal ma lepszą animację niż, na przykład, pierwsze trzy sezony Jojo albo pierwsze pięć odcinków Attack on Titan (bo tyle ich obejrzałam, LAWL). Mnie bardziej niż zastąpienie megaosomnych walek walkami tylko dobrymi, zasmuciła bardziej krzykliwa paleta kolorów z podkręconą jaskrawością.
Ale One Punch Man to przede wszystkim humor i, jak zwykle, trafiły do mnie żarty z tego odcinka. Nadal obracają się wokoł SAJTAMA NAJSILNIEJSZY, podziwiam, jak dużo wariacji ONE jest w stanie z tego wykrzesać. Plus coś tam groźnego kroi się w tle, ale kogo to obchodzi, mnie nie, Saitama i tak przyłoży z plaskacza raz i po krzyku.
Kiepsko mi idzie z oglądaniem drugich sezonów nawet rzeczy, które uwielbiałam, ale ten dorzucam do stosiku na kiedyś.

Kenja no Mago

O rety, ale ja głupie anime widziałam!
No to mamy takie typowe isekai, jakby pisane przez kogoś, kto całe życie tylko czytał i oglądał isekai: zwykły japoński korposzczur zostaje przejechany przez ciężarówkę, odradza się w magicznym świecie, gdzie po wygodnie tragicznej śmierci rodziców, jeszcze jako niemowlaka (żeby nie pamiętał traumy), adoptuje go megapotężny mag na emeryturze. Mag mieszka w lesie i razem z innymi znajomymi (którzy później okazują się również emerytowanymi przekoksami) uczy chłopca magii i walki, ale zupełnie zapomina o jakichkolwiek umiejętnościach życia w społeczeństwie. Więc gdy dzieciak kończy 15 lat i oficjalnie staje się dorosłym, pora temu zaradzić, zabrać go do miasta (oczywiście do szkoły!), pozwolić kupić jabłko na targu i może nawet spotkać inne bachory w jego wieku!
Anime jest niesamowicie wypełnione schematycznymi schematami które schematują. A więc główny bohater uczy się niesamowicie szybko i jest megazdolny i wszystko przychodzi mu z latwością; gdy ratuje panienki przez rzezimieszkami, to zanim zobaczymy twarz tej, w której się zakochał, najpierw przyjrzymy się dokładnie jej cycom; adopcyjny dziadek ma wielką i bogatą chałupę w mieście, z pełnym zespołem modelowej służby. I tak dalej i więcej. Dobrze, że bohaterowie nie traktują swojej sytuacji zbyt poważnie, jakby wiedzieli, że są w bardzo głupim anime.
Z tego wszystkiego jedynym interesującym wątkiem, którego rozwinięcia twórcy na pewno nam poskąpią, jest para rozwiedzionych, ale wciąż się przyjaźniących staruszków.
A, no i na dokładkę to anime jest brzydkie!

Hitori Bocchi no Marumaru Seikatsu

A co gdyby słodkie dziewczynki robiące słodkie rzeczy, ale główna bohaterka cierpi na chorobliwą nieśmiałość? I nie mam tu na myśli takiego typowego introwertyzmu, że woli zostać w domu z książką - ona mdleje gdy ktoś do niej zagada i wymiotuje gdy ma wstać i przedstawić się całej klasie. Na moje to by się kwalifikowało do psychologa, ale w Japonii ich nie ma.
Hitoribocchi (co oznacza samotność, ale jest też imieniem głównej bohaterki) jakimś cudem udało się zaprzyjaźnić z jedną (1) dziewczynką w podstawówce. Ta jednak poszła do innego gimnazjum i wywarła obietnicę na Bocchi, że zrywa z nią wszelkie kontakty do czasu aż ta nie zaprzyjaźni się z całą swoją nową klasą, bo potrzebuje więcej przyjaciół. Mnie tam wystarczyło iść do innej klasy w tym samym gimnazjum (bo w naszej wiosze nie było innego, hehe), żeby poluźniły się kontakty z najlepszą przyjaciółką, azaliż.
Pierwsze pół odcinka to Bocchi użalająca się nad sobą i marząca o likwidacji gimnazjów, oraz próbująca zlikwidować swoją, liczącą 29 dzieci, klasę. Później jednak faktycznie podejmuje wysiłek i zaprzyjaźnia się z siedzącą tuż przed nią, też niezbyt kontaktową, ale przynajmniej dużo rozsądniejszą dziewczyną.
Anime jest urocze i przyjemne, podoba mi się zwłaszcza paleta kolorów i wysiłek designerów włożony w resztę klasy: każdy ma jakieś indywidualne, wizualne cechy. No, może poza bliźniaczkami, nieprawdaż. Sam styl też jest trochę inny niż większość anime w gatunku, prawdopodobnie dzięki temu, że adaptowana manga jest publikowana w innym magazynie niż zalewający nas słodkimi dziewczynkami Manga Time Kirara.
W sezonie wypełnionym wizualnym porno i oczekiwanymi sequelami raczej przejdzie niezauważone, ale do niezobowiązującego relaksu na kiedyś to się nada.

Sarazanmai

Kunihiko Ikuhara to kultowy reżyser, którego nie cierpię. Niestety, jestem za głupia żeby wiedzieć, dlaczego. Zazwyczaj gdy anime jest zdrowo porąbane albo pięknie wygląda, to już mi wystarcza. Sarazanmai ma obie te cechy, a i tak mnie wynudziło. 
Trzej główni chłopcy zostali bardzo porządnie zarysowani: dowiadujemy się dość ważnych rzeczy na ich temat, ale nie wszystkiego, teoretycznie powinno nas więc obchodzić co dalej z nimi. To samo z pojawiającymi się tylko na chwilę postaciami: idolką, dziwnymi policjantami, obrażalskim Księciem Kapp. Ale mnie jakoś nie obchodzi.
Anime jest obłędnie piękne, masa efektów, stylizacji, śliczne tła, fantastyczne kadrowanie, świetne kolory i przyjemne designy. Nadal, nie rusza mnie to.
To seria o grzebaniu ludziom w odbytach i musicalowej walce z zombie, kończącej się odkrywaniem wstydliwych sekretów. Ekipa studia Lapintrack postarała się o najlepszy możliwy wygląd.
Ale jakoś nie jestem w stanie się zmusić do oglądania dalej. Dlatego zalecam tylko koneserom odbytów.

Shoumetsu Toshi

Shoumetsu Toshi nie jest aż tak boleśnie paskudne jak ostrzegali. Ale nadal brzydkie, zwłaszcza w kontraście ze ślicznymi anime które dopiero co widziałam.
Pewien kurier włamuje się do bazy złych ludzi w kitlach i na zlecenie innych ludzi w kitlach porywa dziewczynę, na której eksperymentowali. Dziewczyna jako jedyna przetrwała gdy trzy lata temu jej miasto stało się dziurą w ziemi, a kurier teraz ma ją tam zawieźć z powrotem i pewnie przy okazji odkryć, co się wydarzyło. Są psychiczne moce, tajemnice, intrygi ludzi w kitlach, płaszczach i garniturach, idolki, złe CG i jedyna dobra postać, gruby haker-mechanik, kumpel głównego bohatera.
Nuda, panie tego.

Senryuu Shoujo

Tym razem trafiłam na kolejne dwunastominutowe, szkolne romansidło. Jest jednak dużo mniej szalone niż Ao-chan - opowiada o poezji. Główna bohaterka nie potrafi się wysłowić, więc targa ze sobą wszędzie tabliczkę do Senryuu (takie krótkie wiersze, podobne do haiku) i gdy trzeba to albo pisze szybki wierszyk, albo po prostu gestykuluje. Albo ucieka. Jej kolegą z klubu literackiego jest chłopiec, który niedawno przeniósł się z innej szkoły i wygląda na twardego zawadiakę, dużo też się bił w przeszłości. Też jest aspołeczny, bo gdy próbuje do kogoś zagadać, to wszyscy uciekają - oczywiście poza naszą bohaterką, która go uwielbia.
Anime jest urocze, ciepłe i pastelowe, ale humor w ogóle do mnie nie trafia. Polega albo na starych schematach ze Strasznym Chłopcem w roli głównej, albo na śmieszkowaniu z poezji, które po takim gaijinie jak ja totalnie spływa. I chyba tylko z tego powodu jednak wybiorę Ao-chan.

Hachigatsu no Cinderella Nine

W tym sezonie dwa anime o bejsbolu: jedno to adaptacja szanowanej mangi od kultowego mangaki, a drugie to... No, to coś. Reklama F2P gry na komórki, gdzie jest się managerem dziewczęcego klubu bejsbola w szkole średniej, kolekcjonuje dziewczynki i tak dalej. Projekty postaci tam, zapewne dzięki temu, że statyczne, wyglądają bardzo ładnie. Niestety, anime jest robione totalnie na odwal i kiedy dziewczynki nie są w maksymalnym zbliżeniu albo za bardzo się ruszają, to wszystko się rozjeżdża lub dostajemy serię statycznych obrazków w formie Powerpointowej prezentacji.
Każda z bohaterek ma jedną-dwie cechy charakteru, bo będzie ich tu mnóstwo i muszą się wyróżniać. Fabuła polega na takiej samej dramie jak większość szkolnych klubów sportowych/idolkowych: odcinek kończy się tym, że wszechpotężny samorząd uczniowski zabrania im ćwiczyć na terenie szkoły i retyrety jak my z tego wybrniemy, oglądajcie dalej! Ja jednak nie będę, nie lubię sportu.

Nande Koko ni Sensei ga!?

Why the hell are you here, Teacher!? to tytuł znakomicie opisujący swoją zawartość bez popadania w lightnovelowe klisze. Dwunastominutowy odcinek zaczynamy w męskim kiblu, gdzie nasz główny bohater poszedł się odlać, ale spotkał nauczycielkę, której wszyscy się boją i koniec końców sobie pomacał. Moja piesia nawet zadbała o efekty zapachowe, pierdząc radośnie, aczkolwiek to tutaj chyba miało być seksowne, mamy nawet cenzurę na macanie cycków. Druga część odcinka jest o wsadzaniu nauczycielce czopka na przeziębienie.
To typowe krótkie anime żeby pofantazjować i pofapać do niedostępnej, ale bardzo seksownej nauczycielki pojawiającej się w zawstydzających sytuacjach w życiu swojego ucznia. Nie wiem, czy istnieje wersja nieocenzurowana i jakoś ta nie zachęciła mnie do jej szukania.

Fairy Gone


Wymęczył mnie ten odcinek straszliwie, raz zasnęłam w połowie, raz mi laptop zdech. Niby to nie bezpośrednio wina anime, że byłam śpiąca czy że sprzęt nawala, ale samo w sobie też się zbytnio nie udało.
No to mamy wojnę i skupiamy się na dwóch parach: małych dziewczynkach, uciekających z wioski i lasu właśnie palonych przez żołnierzy, oraz dwóch żolnierzach na barykadzie w mieście, właśnie dowiadujących się, że ich strona się poddała. Potem przeskok o prawie dekadę i jedna z tamtych dziewczynek pracuje w ochronie aukcji z jednym z tamtych mężczyzn. Druga z dziewczynek wpada, morduje kilka osób i wykrada jeden z przedmiotów, strasząc cały tłum ludzi i magicznie walcząc z wspomnianym mężczyzną o pięknym nazwisku Free Underbar. Oboje bowiem mają w sobie Wróżki, które, w praktyce, są jak standy z Jojo - tyle, że każdy może je widzieć, wszyscy normalsi się boją, a i moce są bardziej bojowe, bez dziwactw pokroju samolociku, żołnierzyków czy robaczków. To znaczy - na razie, w tym odcinku widzimy tylko trzy, bo przecież wiadomo, że główna bohaterka po drodze też zyska tę moc, a i słodkie zwierzątko na dokładkę.
Dziewczyna jest śliczna w taki chłopczycowo-wiejski sposób, fajny też pomysł ze zrobieniem wróżek w CG - dzięki temu mogą mieć więcej strasznych szczegółów i wyglądają nienaturalnie. Nie wiem za to po co ta mafia no i kompletnie mnie nie obchodzi do czego zmierzają: Ver chce się zemścić na gościu, który spalił ich wioskę, Free tropi i kontroluje ludzi nadużywających wróżek, a Marlya, yyyy, chce pogadać z dawno niewidzianą Ver?...
Po tyłówce Ver zanosi co ukradła jakiemuś Jezusowi z głosem Koyasu Takehito, ten jej mówi, że niestety, podróbka, a ona "aha" i wychodzi. Ja też.

Mix: Meisei Story


Te urocze mordki bohaterów Adachiego są takie sympatyczne! Straszna szkoda, że anime o bejsbolu.
No to mamy dwóch bardzo nudnych, ale za to utalentowanych gimnazjalistów w szkolnym klubie gdzie, z jakiegoś powodu, gwiazdą jest dużo mniej zdolny, za to niesympatyczny i brzydki, dzieciak. Chłopcy urodzili się tego samego dnia, ale nie są spokrewnieni, mają też rok młodszą siostrę, zwyczajną i miłą dwunastolatkę. Nie wiem czy ona jest z którymś z nich spokrewniona, bo gdy zaczynała tłumaczyć to koledze z klasy, ktoś ją zawołał i sobie poszła.
No właśnie, jej kolega jest dużo bardziej interesujący, energiczny, z marzeniami i planami, w normalnej sportówce to on byłby głównym bohaterem - ale, jak rozumiem, chłopcy to potomkowie bohaterów Touch, o których mamy retrospekcję na samym początku odcinka. Więc muszą zachwycać wszystkich poza menedżerem klubu, który, jak to stary człowiek, jest ślepy albo uwikłany w jakąś mafię. 
Piesek na razie pojawia się tylko w endingu, bo siostrzyczka dopiero go sobie wybierze, ale nie jest zbyt słodki, za mocno go zantropomorfizowali. Za to podoba mi się powolne i spokojne tempo wszystkiego, długie ujęcia na budynki gdy pada lub na ludzi siedzących razem w kuchni. Klimatycznie tak. Nawet dialogi brzmią dość naturalnie.
Niestety, sportówek nie lubię a bejsbola nie rozumiem, ominę więc to anime szerokim łukiem. 

Nobunaga Sensei no Osanazuma


Siedmiominutowa, um, komedia o młodym nauczycielu, który jest straszną fujarą: gdy uczennica mu mówi, że dwoje innych uczniów zaczęło randkować, robi scenę zazdrości aż ta uczennica się lituje, a potem idzie do rodziców, którzy po raz kolejny suszą mu głowę żeby się żenił i wnuki robił. 
Otóż facet nazywa się Nobunaga Oda, bo podobno jest potomkiem Nobunagi Ody, więc z rozbitej w składziku czarki od herbaty wyskakuje czternastoletnia Kichou - prawowita żona historycznego Nobunagi, jeszcze nie spotkała tamtego, więc myśli, że pora robić dzieci z tym. I zdejmuje kimono, gdy siostra Nobunagi grozi mu policją. Hehe, koń by się uśmiał. 
Niestety, anime nawet nie jest szczególnie ładne, postaci się co chwilę celowo deformują lub niecelowo rozjeżdżają, a animacja bardzo oszczędna.Oczywiście, że najlepiej wygląda mała dziewczynka, zwłaszcza w momencie gdy się rozbiera.
Napisy końcowe obiecują większy harem, chyba z samych uczennic, a ja podziękuję, bo mam całe mnóstwo lepszego Nobunagowego kontentu.

Miru Tights


Cała seria o rajstopach, na szczęście tylko czterominutowe odcinki, więc może zagrać.
Trzy nastolatki przychodzą do szkoły pierwszego dnia nowego roku szkolnego - znają się wzajemnie, wszystkie też chodzą w rajstopach i to na nie oglądamy zbliżenia. Na razie dość naturalnie - na dworze ulewa, więc buty przemakają, co prowokuje dziewczyny do machania nogami.
Trochę dziwne, że wszyscy chodzą w rajstopach: nauczycielka, inne uczennice. To znaczy - to naturalne, ale anime przyzwyczaiły mnie do mnóstwa gołych nóg. Gdy bohaterka zakładała rajstopy to zazwyczaj dlatego, bo się opatulała z nieśmiałości albo po traumatycznych przeżyciach. No ale to świat konkretnego fetyszu, jak w Agent Aika gdzie wszystkie majtki zawsze były tylko białe.
Rysownicy tak się skupili na rajstopach, że twarze i włosy wyglądają trochę dziwnie. Ale stopy pierwszorzędne. Gdybym lubiła stopy to chyba bym lubiła to anime.

King of Prism: Shiny Seven Stars


A to wychodziło jednocześnie jako filmy, więc nawet nie wiedziałam, że będzie seria telewizyjna. Chyba i tak jednak powinnam była najpierw obejrzeć oba poprzedzające tę serię filmy, bo anime od pierwszych sekund zalało mnie takimi ilościami informacji i postaci, że powyższa wanna jest na nie za mała. W dodatku jeszcze wszystko jest przesadzone i szalone, z wybuchami, restauracją podającą dania z każdego miejsca na świecie, idolem bijącym jakieś dwa tuziny ludzi i dyrektorem szkoły zaręczonym z zakonnicą.
Same idolskie występy w CG są oglądalne, choć mdłe, za to szaleństwo, które dzieje się obok - smakowite. Znajoma ogląda co tydzień i dzieli się wrażeniami na Twitterze, naprawdę szalone anime. Jeszcze kiedyś obejrzę te filmy, obiecuję!

Podobne:

0 komentarzy