Kyomu Senshi Miroku

Odkrywanie starszych anime na nowo zazwyczaj sprawia mi dużo radości. Niektóre rzeczy jednak powinny pozostać pogrzebane.


Odkrywanie starszych anime na nowo zazwyczaj sprawia mi dużo radości. Niektóre rzeczy jednak powinny pozostać pogrzebane.

Kyomu Senshi Miroku to sześcioodcinkowa OAV, czyli seria wydawana pierwotnie na kasetach wideo. Jest adaptacją siedmiotomowej mangi Kena Ishikawy, sądząc z opisu dość luźną - ale z własnym opisem też nie ma zbyt wiele wspólnego. Zmarły w 2006 roku Ishikawa był przyjacielem i współpracownikiem Go Nagaia, ojca wielu gatunków mangi, razem zresztą stworzyli w latach siedemdziesiątych Getter Robo - pierwszą mangę o super robocie złożonym z transformacji tych mniejszych, wiecie, jak Megazord z Zordów. Ishikawa narysował wiele mang z różnych gatunków, ale ekranizacje dostały głównie te o robotach, oraz Miroku i jeszcze jedno fantasy, o którym może kiedy indziej.
Seria była wydawana od lutego 1989, jeden odcinek na dwa miesiące. Dla porównania, anime telewizyjne najczęściej są robione z tygodnia na tydzień, a potem poprawiane i przerabiane na DVD/BR. Problemy graficzne są przeważnie winą kiepskiego planowania i przepracowania animatorów - wydawałoby się więc, że filmy kinowe i OAV mogą wyglądać lepiej - i to zazwyczaj prawda, choć często również są kończone w pośpiechu (spoko, w Hollywood też). Tutaj jednak mamy jakość techniczną poniżej nawet taśmowo produkowanych serii anime, i to nawet nie w ten zabawny sposób gdy postaci nagle dostają zeza lub śmiesznie się ruszają, jak w kultowych klasykach jakości pokroju Musashi Gundoh. Całe mnóstwo statycznych ujęć, zbliżeń na twarze gdzie poruszają się tylko usta jeśli cokolwiek, bieg ze sztywno wyciągniętymi za siebie rękoma i trzema klatkami animacji nóg, oraz nieśmiertelne, dragonballowe znikanie teleportujące. Walki to albo machanie mieczem na oślep, albo używanie magicznych technik, które choć dziwaczne, wcale nie urozmaicają rozrywki. Cycki są: dwa, wielkie, przyczepione do łysej kreatury rzygającej zielonym śluzem - jest też trochę w scenie gdy gołe waifu wychodzą ze ściany. To słynne gore to głównie tryskanie keczupem we wszystkie strony, czasem z jakąś wyskakującą gałką oczną.
Estetycznie też jest bardzo źle. Bohaterowie są po prostu brzydcy, w taki odpychający sposób. Mogę to jeszcze zrozumieć w przypadku tych złych, gdzie nawet delikatny bishounen jest krzywuśny, a reszta to albo źli, wielcy faceci albo dosłownie demony. Ale poza głównym bohaterem, który jedyny nie odpycha, mamy: jego ukochaną, jedyną dziewczynę w całej serii, od której on sam jest ładniejszy i lepiej dobiera kolory ubrań; wiecznie obślinionego i zasmarkanego grubasa-kretyna; kolesia z długimi, przylizanymi włosami i takiego z krótkimi, poczochranymi - obaj z wodogłowiem. I tak dalej, i więcej w las. Też bardzo nijaki. Wprawdzie malowane tła, zwłaszcza statki kosmiczne, są chyba najbardziej starannym elementem tego anime, ale to nadal albo widoczki z górą Fuji, zamkiem lub klifem, albo przeciętne statki kosmiczne.
Z udźwiękowieniem też jest bardzo kiepsko. Moim ulubionym efektem dźwiękowym był szum przy bieganiu i gwałtowniejszych ruchach, brzmiący jakby ktoś przywiązał frisbee do sznurka i kręcił nim kółka. Specjalnie też przysłuchiwałam się muzyce, żeby zwrócić uwagę, jak mocno jest niedopasowana - brzmi złowrogo gdy kamera przejeżdża po malowniczych tłach gdy zupełnie nic się nie dzieje (same przejazdy też wyglądają jak oszczędzanie), a gdy bohaterowie czekają aż wróg wyskoczy z dziury w której się schował, mamy spokojne, syntetyczne plumkanie.
Aktorów głosowych część nawet znam i lubię, ale tutaj po prostu wykonali swoją pracę bez żadnej wyjątkowej wirtuozerii. Specjalnie zwróciłam większą uwagę na postaci grane przez moich ulubionych Juuroutę Kosugiego (Samurai Warriors - Nobunaga, Jojo's Bizarre Adventure OAV - Jotaro, Samurai Flamenco - Jouji Kaname) i Kouichiego Yamaderę (Dragon Ball Super - Beerus, Gifuu Doudou - Nobunaga, Ghost in the Shell - Togusa) i obaj byli po prostu poprawni. Najwięcej wysiłku w swoją pracę włożyli wiecznie się drący Yao Kazuki (One Piece - Franky, Gundam ZZ - Judau) w tytułowej Roli Miroku i Yara Yuusaku (remake Dr. Slump - Spadkowski, Chibi Maruko-chan - ojciec Maruko) jako główny antagonista - ten jednak jest tak przerobiony jakimś pogłosem, że tylko się czeka, aż skończy monologować, bo hadko słuchać.
Okej, to o czym w takim razie to anime jest? W dużym skrócie o ninjach, demonach i kosmitach w feudalnej Japonii. Gdy kończyła się ta najbardziej uwielbiana przez popkulturę era Sengoku, a zaczynała Edo, ród Tokugawa musiał umocnić swoją władzę, miedzy innymi dobijając resztki opierającego się klanu Toyotomi. Oblężenie Osaki w 1615 roku zakończyło się śmiercią dziedzica klanu Toyotomi i wielu jego sprzymierzeńców, w tym Sanady Nobushige, o którym później powstało sporo legend - jest w kulturze znany jako Sanada Yukimura, nieustraszony, dzielny i szlachetny wojownik, mający u swego boku dziesięciu ninjów o niesamowitych zdolnościach. Yukimura czasem przedstawiany jest jako kretyn, jeleń, tsundere dziewczynka, czy aspołeczny dziwak, ale zawsze ostatecznie jest dobrym człowiekiem. Nie w tym anime i to oryginalne podejście jest jego jedyną zaletą. Tutaj bowiem Yukimura jest dosłownie demonem i to nawet nie z piekła a z kosmosu, a tytułowy Miroku z klanu Kuryu i jego ninja są jedynymi w całej Japonii, którzy mogą go powstrzymać przed zniszczeniem Japonii poprzez obudzenie jakiegoś tajemniczego smoka.
Dziadek Miroku jest na łożu śmierci przez większość serii, bardzo się boi i troszczy o wnuka i o Japonię, rzadko kiedy jest przytomny, ale i tak gada zagadkami, przez co dużo czasu zostaje zmarnowane na Miroku krzyczącego O CO CHODZI DZIADKU CO MAM ROBIĆ?! Sam Miroku jest pokazany jako wynalazca, ale gdy przychodzi co do czego, to idzie się bić z Yukimurą na gołe klaty zamiast w swojej niesamowitej zbroi. Jego towarzysze po prostu pojawiają się i umierają w głupi sposób, bez wyjaśnienia relacji, motywacji, umiejętności, niczego. Sam Yukimura dwukrotnie potrzebuje pić esencję z dusz niewinnych ludzi, żeby odtworzyć swoje ciało, bo jest takim pierdołą, że po pierwszym odtworzeniu znowu daje sobie obciąć głowę. Cały klan Kuryu to młodzi, zdrowi ludzie, martwiący się o umierającego dziadka - ale gdy przychodzi co do czego, dziadek przeżywa najdłużej, nawet gdy zamek jest niszczony podczas jego drzemki, a wszyscy wyrzynani w pień. Jedyna dziewczyna nie dość, że brzydsza od głównego bohatera, to jeszcze bezużyteczna - pomaga mu raz, potem robi wyrzuty, że nie zabrał ją na niebezpieczną misję, a gdy w końcu idzie na jakąś, zostaje porwana i użyta jako zakładniczka. Nic tu nie trzyma się kupy ani sensu i nawet nie ma postaci, którą mogłabym polubić. Choć trochę sympatyzowałam z Hattorim "Porażką" Hanzo.
Kyomu Senshi Miroku nie miało oficjalnego wydania poza Japonią, ale fanowskie angielskie tytuły można przetłumaczyć jako Wymazana/Pusta Kronika Militarna Miroku. I taka właśnie powinna pozostać, bo jest mocnym marnotrawstwem czasu.

Podobne:

0 komentarzy