Chuunibyou Demo Koi ga Shitai

Kyoto Animation to jedno z najgorszych studiów tworzących anime. To oni są odpowiedzialni za wszechobecne moebloby i głupie melodramaty....

Kyoto Animation to jedno z najgorszych studiów tworzących anime. To oni są odpowiedzialni za wszechobecne moebloby i głupie melodramaty. Wiedzą, co się sprzedaje, tworzą więc wpływowe serie o niczym. K-on i Hyouka były nudne i głupie, ale i tak wszyscy je oglądali z zachwytem. Wzruszające sceny w Kanonie, Clannadzie i Airze mogłyby być zastąpione wielkim napisem "A TERAZ PŁACZCIE" i ludzie nadal uznawaliby je za najbardziej poruszające i głębokie dzieła japońskiej sztuki animacji. A z Nurse Witch Komugi-chan mam prywatny beef.
  Tak, podchodziłam do nowej serii tego studia jak pies do jeża. spodziewałam się wszystkiego, co w przemyśle anime najgorsze i bardziej chciałam tylko sprawdzić i rzucić. Dlatego zostałam mile zaskoczona - może nie było doskonałe, ale na pewno strawne.




Fabuła

Chuunibyou to syndrom, na który zapadają gimnazjaliści. Objawia się tym, że wydaje im się, że są wyjątkowi, inni i specjalni. Ot, naogląda się taki anime i myśli, że jest potężnym magiem. Albo zobaczy teledysk Linkin Parka i już jest mrocznym metalem. Albo naczyta Harry'ego Pottera i czeka na list z Hogwartu. To wszystko powinno minąć podczas dojrzewania.
 
Yuuta Togashi właśnie idzie do liceum - całe gimnazjum spędził z ciężkim przypadkiem chuunibyou, nie miał przez to żadnych znajomych. Decyduje, że koniec z tym żenującym okresem w życiu, wybiera szkołę na tyle oddaloną od miejsca zamieszkania, że nie ma szans spotkać dawnych znajomych, chce się całkowicie odciąć od wstydliwej przeszłości. Biedak, niestety, trafia na Rikkę Takanashi, koleżankę z klasy, która umysłem pozostała w gimnazjum. Dziewczyna ze wszystkich sił stara się wciągnąć go na nowo w wygłupy, zafascynowana jego dawną personą Dark Flame Mastera. Zakłada klub poświęcony ezoterycznym wygłupom, do którego dołącza jeszcze kilka interesujących postaci i zaczynają się wydurniać.
 
I póki wszyscy się wygłupiają jest naprawdę fajnie. Żarty są zabawne, konflikty realistyczne, relacje sympatyczne. Niestety, około połowy serii daje znać o sobie Tragiczna Przeszłość i zaczyna się dramat w coraz większych ilościach. Na sam koniec jest już prawie wyłącznie łzawo, a główna para zaczyna się zachowywać jak nie oni. Niby przez całą serię widzimy, jak te błazeństwa potrafią ciążyć innym, zwłaszcza najbliższym i że trzeba w końcu dorosnąć, ale na końcu jesteśmy wręcz bombardowani dramatyzmem. No bo przecież nie można po prostu zobaczyć za dużo anime i chcieć być jak postacie z nich, nie, trzeba mieć ciężkie przeżycia, które kierują nas na ścieżkę szaleństwa! Tak, każde dziwne zachowanie da się racjonalnie wytłumaczyć, najlepiej traumą z dzieciństwa (wcześniejszego). A i tak na końcu dostaniemy pocieszającą lekcję, że najlepiej jest być sobą, nawet, gdy jest się ciężarem dla innych.

Postacie

Yuuta to typowy Główny Bohater. Przeciętny chłopak o przeciętnym wyglądzie, z normalną rodziną, bez żadnych zainteresowań i dość miły. Rozpamiętuje swoje chuunibyou i stara się pozbyć wszelkich pamiątek po tych czasach, ale gdy przychodzi co do czego, pokazuje Rikce jak używać niektórych gadżetów. Dla niej też coraz częściej wciela się w Dark Flame Mastera, częściowo żeby sprawić jej przyjemmność, a częściowo, żeby do niej dotrzeć. Chłopak stara się za wszelką cenę znaleźć normalnych znajomych i początkowo podporządkowuje temu swoje licealne życie - przynajmniej do czasu, aż coraz głębiej wciąga się w wygłupy pozostałych.
 
Rikka jest dziewczyną z problemami. Wydaje jej się, że posiada wielką magiczną moc i sprawia tym kłopoty rodzinie i znajomym. Zakłada klub zajmujący się ezoterycznymi rzeczami i zachowuje się jak dziecko. Jest tak niedojrzała jak tylko się da, ciągle starając się być cool. Nieszczególnie jej to wychodzi i jest urocza i słodka - pierwszy raz moe postać fabularnie zyskuje na byciu moeblobem.
 
Z Shinką Nibutani miałam przez pewien czas problem. Jest dwulicową suką, udającą miłą i normalną dziewczynę, ale gdy przychodzi co do czego, jest też najbardziej rozsądną i spostrzegawczą osobą w grupie. Koniec końców to dzięki niej wątek romantyczny rozwija się w odpowiednim tempie, a ona sama służy bezinteresowną pomocą.
Shinka bezustannie walczy z Sanae Dekomori, gimnazjalistką i "służącą" Rikki. Dekomori jest jeszcze bardziej szalona, niż jej pani, ale z drugiej strony ma czas, żeby wyrosnąć. Jej konflikt z Nibutani i bezustanne podkładanie sobie świń bawią i rozjaśniają wydarzenia, nawet, gdy inni tracą wigor.
 
Ostatnią i najlepszą członkinią klubu jest Kumin-senpai. Najstarsza z grupy, kocha spać i po to dołączyła do klubu - początkowo pragnęła założyć własny, poświęcony drzemkom. Jest słodka, niewinna i zafascynowana wygłupami Rikki i Dekomori, nigdy nie mając do nich żalu, że przeszkadzają jej w spaniu. Wspaniała dziewczyna.
 
Warto tutaj wspomnieć, że anime mocno się różni od książki na podstawie której powstało. Najważniejsze w moich oczach było dodanie najlepszych postaci - właśnie Kumin, Touki, starszej siostry opiekującej się Rikką, oraz Isshikiego, najlepszego kumpla Yuuty. To dynamika między tym ostatnim a Kumin-senpai nie zawodzi aż do samego końca.

Grafika

Postaci są typowo moe, ale zwraca uwagę naprawdę świetna, płynna i staranna animacja. Scen akcji jest trochę, zwłaszcza pokazujących co dzieje się w umysłach bohaterek, ale nawet podczas zwykłych dialogów twórcy nie uciekają w pokazywanie statycznego tła. Bohaterowie mogą się przez to wydawać zbyt zwinni a niektóre sceny przesadzone, ale pasuje to do ponadnaturalnych wyobrażeń postaci.
 
To jest to, czym KyoAni najlepiej dysponuje: budżet na animację. Dlatego bardzo się cieszę, że nie zmarnowali go tym razem na metafizyczne, hipnotyzujące włosy, tylko ukazali nam fragmenty urojeń postaci. Gdy walki wyglądają tak bardzo fajnie, nie dziw, że Rikka i Dekomori nie chcą dorosnąć, a nam łatwiej się wczuć. No i nawet, gdy melodramatyczność ostatnich odcinków drażni, jest na czym oko zawiesić.

Dźwięki

Zarówno piosenkę z czołówki, Sparkling Daydream, jak i tę z endingu, INSIDE IDENTITY, bardzo lubię i słucham czasem do teraz. Pierwsza jest energiczna z bardzo przyjemnym fortepianem, druga to taneczna piosenka seiyuu czterech bohaterek.
 
Kiedy już przy seiyuu jesteśmy, wykonali dobrą robotę. Wybija się głównie wszechstronny Jun Fukuyama (Lelouch w Code Geass, Panda w Polar Bear Cafe, Marian w Ixion Saga DT), jako Yuuta, zwłaszcza zmieniając w jednej chwili głos ze "zwykłego chłopaka" na "mrocznego maga". Natomiast Rikkę gra dość świeża w przemyśle Maaya Uchida i jest poprawna, może trochę za mało przesłodzona. Ale to w sumie dobrze, wizualia załatwiają sprawę przy tej postaci.
 
Panie grające pozostałe żeńskie bohaterki, Uesaka Sumire jako Dekomori, Chinatsu Akasaka jako Shinka i Azumi Asakura jako Kumin, również są dość nowe i nie kojarzę ich za bardzo. Za to całkiem miło kojarzę Souichirou Hoshiego, grającego Isshikiego, był między innymi Keiichim w Higurashi i Yukimurą w Sengoku Basara. I, jak ten ostatni, też dużo się tu drze.

Podsumowanie

 Zabawna i sympatyczna komedia - byłaby, gdyby nie wciskane na siłę wątki melodramatyczne. Dobrze, że nie zafundowano nam klisz w rodzaju biednych zwierzątek czy umierających babć. Lubię, gdy seria opiera się głównie na relacjach między postaciami zamiast pełnej zwrotu fabuły i wartkiej akcji, a właśnie takie coś dostałam. Szkoda tylko, że pod koniec dominuje megatragiczne użalanie się Rikki nad sobą i wszystkich nad Rikką. I tak jest lepiej, niż oczekiwałam.

Podobne:

0 komentarzy