Cotygodniowy Biuletyn Kulturowy #20

Smutno mi było, że ostatnio blogasek tak zarósł kurzem i pajęczynami, że tylko zapowiedzi się pojawiały - zwłaszcza, że ostatnie pominęłam...

Smutno mi było, że ostatnio blogasek tak zarósł kurzem i pajęczynami, że tylko zapowiedzi się pojawiały - zwłaszcza, że ostatnie pominęłam. Mam więc już pomysł, jak rozruszać Biuletyny, a kto wie, może i prawdziwe notki powrócą!


Hori-san to Miyamura-kun

anime, 4 odcinki, 2012-2018
Adaptacja internetowych pasków komiksowych - ta jest animowana, taką na prawdziwy, magazynowy komiks publikuje u nas Waneko pod tytułem Horimiya. Raczej tej Wanekowej wersji kupować nie będę - wprawdzie anime jest mocno sympatyczne, ale nie mam miejsca na 13+ tomów czegokolwiek. Nawet z wybitnymi, upragnionymi dziełami muszę się pilnować.
No to mamy chłopca-dziwaka, który jest mocno samotny i przez to robi głupie rzeczy. Na przykład sam przebija uszy, albo robi spory tatuaż (gdzie rodzice byli, ja sięm pytam?!). Japońskie szkoły na takie coś nie pozwalają, więc tam to ukrywa - dziwne trochę, że nie zmuszają go do obcięcia za długich włosów, którymi zakrywa dziury w uszach. No i dobrze, że przynajmniej mu tunele nie strzeliły do łba. Chłopiec przypadkiem poznaje sekret koleżanki - ta zawsze zadbana i socjalna laska po lekcjach zamienia się w kurę domową, gotuje, sprząta i opiekuje się młodszym braciszkiem. I to wszystko bez makijażu! Faktycznie jakaś podrzędna szkoła, te porządne zabraniają przecież nawet balsamu do ust. Chłopiec zaczyna ją odwiedzać, najpierw głównie ze względu na tego braciszka, a potem oboje zaprzyjaźniają się też w szkole - ze sobą i paczką innych dzieciaków. Wkrótce zachowują się jak stare małżeństwo i nie mam wątpliwości, że endgame tutaj jest ich sparowanie, ale rozczuliło mnie, że w pierwszym i trzecim odcinku jest dużo więcej romantycznych sytuacji między głównym bohaterem a innym kolegą, któremu się główna bohaterka podoba.
Graficznie w pierwszych dwóch odcinkach jest bardzo prosto, wręcz ascetycznie. Dzięki temu może być płynnie, a ekspresje są wyrazistsze, niż przy milionie detali - możemy mieć na przykład grupę ludzi, z których każdy trochę inaczej chodzi lub siedzi. To dość częste w romansach: uczucia i emocje są tu najważniejsze, więc często podkreśla je puste lub proste tło. Albo w paskach komiksowych - jedno ujęcie na dom, żeby określić miejsce akcji i porę dnia, a potem meble i sprzęty pojawiają się tylko, gdy są potrzebne. Dlatego trochę wybiła mnie z rytmu druga połowa, gdzie wyraźnie zwiększyły się standardy, pojawiły tła nawet w zbliżeniach i postaci zrobiły ładniejsze, ale i sztywniejsze.
Interesujące, że pierwszy odcinek wyreżyserował Shingo Natsume (One Punch Man, ACCA), drugi Erkin Kawabata (asysta w Bokurano, storyboardy tamże i w Shield Hero oraz NHK), a trzeci - Tetsuo Hirakawa (YU-NO, storyboardy w HisoMaso, Noragami i Denpa Onna). O czwartym nie wiem, więc zakładam, że wrócił do Natsume.
Cztery odcinki to odpowiednia długość na romansidło. Jest ciepło i przyjemnie, trochę niedomówień, sprzeczek i wzdychania, ale nie za dużo. Trochę dziwnych przeskoków czasowych - najpierw dawny znajomy robi Hori smród na całą szkołę, Miyamura wali go z dyńki, a za kilka minut są kumplami i spędzają razem czas. Ale wolę tak, niż gdyby mieli robić dłuższe podchody, zwłaszcza, że to nastolatki, więc naturalnie dużo tu lekkiej przemocy, kuksańców i kopniaków i nie ma z tym problemu.

Marta Matyszczak, Tajemnicza śmierć Marianny Biel

książka, 2017
Jadąc do pracy metrem, jakoś w lipcu, zobaczyłam reklamę polskiego kryminału, gdzie jednym z bohaterów miał być pies. O, autorka nawet wrzuciła zdjęcie na swój funpag, a ja guglając jej nazwisko dowiedziałam się, że to już szósta książka z cyklu, więc dla porządku kupiłam pierwszą.
Mam do tej książki parę zarzutów. Na przykład główny bohater to bucowaty dupek, ale chyba mam mu kibicować, bo udało mu się zrobić kilka miłych rzeczy. Jak typowy (były) policjant, ma gdzieś przepisy, cudze mienie i szacunek do drugiego człowieka. Z kolei Chorzów jest brzydki, brudny i śmierdzi - nie wiem, może to prawda, nigdy tam nie byłam i książka utwierdza mnie w przekonaniu, że to dobrze. Fragmenty z punktu widzenia psa irytują, bo brzmią nie jak schroniskowy staruszek, a bardziej czterdziestoletni facet, który za dużo czasu spędza przed telewizorem.
Natomiast wszystko to nie ma znaczenia wobec samej zagadki kryminalnej, która bardzo mocno mnie wciągnęła, tak po 70% książki nie mogłam się już oderwać i siedziałam stanowczo za długo w nocy. Być może też komiksy obniżyży moje wymagania poprzez "kryminalne" paździerze w stylu Identity Crisis i Heroes in Crisis. Aspekt obyczajowy, czyli (nie)zwyczajne życia mieszkańców i odwiedzających familok również bardzo na plus. Wszyscy to niesympatyczni dziwacy, ale w nieprzesadzony i zróżnicowany sposób. Piesek z kolei jest cudny, jeśli się zignoruje jego krindżowe poczucie humoru.
Seria ma na tę chwilę sześć tomów, a gdy odszedł pierwowzór pieska Gucia (po całych szesnastu latach!), autorka obiecała, że temu książkowemu nigdy nic się nie stanie. Z jednej strony trochę to zabiera napięcie, bo nawet jeśli coś mu zagrozi, to wiem, że to tylko zmyła. Z drugiej to dobrze, bo pieskowa krzywda mocno mnie dotyka. Musiałam z rok przygotowywać się do obejrzenia pierwszego Johna Wicka, a gdy w niedawnym komiksie Joker zastrzelił psa, mocno mnie to dotknęło - mimo, że sam komiks był świetny. Dlatego z chęcią przyjmę miłą opowieść o bandzie buraków i godmode piesku.

Teen Titans 35

komiks, 2019
Nie czytałam wcześniej przygód tej grupy, ale pokosztowałam poprzedniego, 34 numeru i wydał mi się interesujący. Opowiadał o zdradzie jednego z członków: po kilkunastu stronach podejrzeń i biegania, na ostatniej czytelnik poznawał tożsamość zdrajcy. Pozostało wytłumaczyć motywy i ten numer ich dostarcza. Podane są razem z prawdziwym originem zdrajcy i są na tyle sensowne i osobiste, że trudno się nie zgodzić. Niestety, gdy już wszystko zaczyna się układać, Robin dostaje silnej Głupoty Scenariuszowej, wszyscy próbują się nawzajem pozabijać i jest źle. A na samym końcu pojawia się Lobo, który przesadził z siłką, żebyśmy nie zapomnieli o Wielkim Crossoverowym Evencie Po Którym Nic Nigdy Nie Będzie Takie Samo.
Ten zeszyt to mocne rozczarowanie, finał historyjki, z której nic nie wynikło, a jak to z Teen Titans bywa, teraz Roundhouse, Crush i Djinn prawdopodobnie zginą w jakimś evencie, może nawet w jednym z kilku aktualnie trwających i wszyscy już o nich zapomną. Szkoda. Bardzo podobały mi się ich designy, zwłaszcza te świetlne linie wokół Djinn.

Batman 81

Komiks, 2019
Nie przepadam za Batmanem, choć stylówę ma świetną. Aktualny run Toma Kinga jest nieprzyjemny i bardzo głupi, ale zdarzyło mu się mieć dobrych rysowników, więc nawet kupiłam od Egmontu tom 5: Zaręczeni. I tylko ten, dla ślicznych rysunków Joelle Jones i Claya Manna. Jones weszła mi tak mocno, że kupiłam też dwa tomy jej solowego Lady Killer, wydanego u nas przez Scream Comics, oraz zafollowowałam Instagrama - choć to ostatnie to głównie dla słodkiego pieska.
Ale dowiedziałam się, że w numerze 76 pojawia się Kapitan Atom, musiałam go więc przeczytać i się powściekać jak został potraktowany - tym gorzej, że zachowywał się 100% jak Kapitan Atom. Poza, no, byciem słabą parówą zgarniającą bęcki od jakiejś dziewczynki. Ale już się przyzwyczaiłam, że jest szmatą do pokazywania jaki ktoś jest silny. Potem w 77 Damian załatwił tę samą dziewczynkę odrobiną magii, za co mógł oglądać jak Bane morduje jedną z bardzo ważnych postaci. I tak wróci. Numery 78 i 79 to kuriozalne odcinki plażowe, znów rysowane przez Claya Manna, który nawet trupy robi megaseksowne (co już zebrało jedną aferkę), więc nadawał się idealnie do Brusa i Seliny siedzących na plaży w kąpielówkach. W 79 dowiadujemy się jednak, że siedzieli na plaży zanim Damian dał się złapać (pewnie bo King dostał pogróżki, że Bruce się nie przejął tamtą śmiercią), no i że wszystko było ukartowane i wyruszają. W 80 więc wyruszyli i cały album to Batman i Catwoman bijący byłych złoczyńców, sterroryzowanych przez Bane'a i sprzymierzonych z nim Flashpointowego Batmana oraz Gotham Girl. W 81 kontynuują bicie, bije się też reszta batrodziny (przez błąd rysownika nawet Ric Grayson w jednym kadrze), a sztywna narracja wyjaśnia, że Bruce wszystko ukartował, ma wszystko pod kontrolą, ale tylko dzięki Selinie, która jest jego boginią, muzą i wybawieniem. A to wszystko z naprawdę złymi rysunkami Johna Romity Jr.a, który w poprzednim numerze jeszcze jakoś dawał radę, ale tu już ostro mu się nie chciało. Albo może to kolorysta go wtedy ratował, bo tu też kolorki niczego sobie, ale co z tego jak na paskudnym linearcie. Nie wiem kto robił kompozycje kadrów, na pewno nie King, bo jego Twitter pełen jest przechwałek, że nawet scenariusze pisze na odwal (choć może tylko śmieszkuje, nie wiem, obserwuję go tylko dla codziennych zdjęć pieska), ale mistrzostwem jest dla mnie jedna strona: cała zajęta przez krzywuśnie przysadzistego Bane'a, z dymkami narracyjnymi między nogami, do samej ziemi, niczym taki wielki siusiak pokazujący nam, jak bardzo jesteśmy głupi, że to czytamy.
Następny numer wróci do rysunków Mikela Janina, które wprawdzie wyglądają lepiej, niż Romity (bo mało co jest gorsze), ale to jednak niestrawne komputerowe modele z programu Poser, więc podziękował. Komiks jednak musi mieć coś, co mnie przyciągnie - The Joker: Year of the Villain też miał nieprzyjemne rysunki (specjalnie - w końcu jest o wariacie i psychopacie), ale John Carpenter napisał naprawdę świetnego Jokera. A Kingowe użalanie się nad sobą i memowanie jest żałosne i męczące.

Yamishibai, sezon 6

anime, 2018
Mam taki trochę love-hate relationship z tą serią. Z jednej strony, boję się horrorów, więc oglądam Yamishibai tylko za dnia, a i tak czasem później coś mi się przyśni. Z drugiej - to krótkometrażówki, muszę więc je oglądać! Z trzeciej - jakość jest tu mocno zróżnicowana. Historie czasem są satysfakcjonujące, jak ta o paskudnej teściowej zabitej przez potwora, albo o duchu matki powracającym po latach, żeby wystraszyć tatusia-mordercę, albo o kolesiu w szpitalu, gdzie prawie dopadły go duchy, ale pielęgniarka była szybsza. Czasem irytują, jak gdy dręczona przez koleżanki dziewczyna ginie, bo jedna z dręczycielek okazała się sprytna i zwabiła ją w pułapkę. A czasem są zagmatwane, bez sensu i mocno WTF, jak uwodzicielska modliszka z końcówki sezonu 5. Są też morały, jak "nie kradnij parasoli", "słuchaj przerażonego staruszka i nie wpuszczaj martwych dzieci podczas burzy śnieżnej", czy "nie drzyj ryja w górach".
Graficznie też bywa różnie, na szczęście sezon 6 wygląda bardzo ładnie i przyjemnie. W połączeniu z faktycznie sensownymi historyjkami grającymi na przyziemnych lękach, jak śmierć i choroba bliskich, obce i nieprzyjazne miejsca lub zjawiska atmosferyczne, szósty sezon jest najsolidniejszy od dawna.

KÓŁECZKO WZAJEMNEJ ADORACJI 

Powracam po długiej przerwie, więc newsów nie będzie, a w Kółeczku - garść linków do starszych rzeczy.
I, na przykład, tutaj bardzo interesujący tekst sprzed paru lat o tym, jak dużo researchu weszło w jeden z moich ulubionych filmów Disneya, Moanę/Vaianę i jakie to ma znaczenie. Tutaj fajna recenzja jednego z wydań Hakuouki, Kyoto Winds, napisana przez ogromną fankę serii. Tu z kolei z przymrużeniem oka lista powodów, dla których Alfred Pennyworth jest najlepszy - zgadzam się z tezą, bowiem jest jedyną postacią z batrodziny, która w jakikolwiek sposób mnie obchodzi. Tu wywiad z utalentowanym Mateuszem Urbanowiczem, znakomitym malarzem, tuż sprzed premiery jego wyreżyserowanego ze Studio Colorido anime Susume, Karolina - ale nie tylko o nim.

Podobne:

0 komentarzy